Tylko intelektualne ograniczenia lub organiczna nieudolność mogą powodować, że liderzy lokalnych społeczności spoczywają na laurach samozadowolenia stanem istniejącym. Zdobywają częstokroć klucze do miast kontestując stan zastany nie wydobywając z siebie (może nie mają czego wydobywać?) pomysłu na stan przyszły. #miasto2_0 nie powstaje samo.

Bardzo wiele wskazuje na bipolarność metamorfozy, jaką przechodzą społeczności lokalne. Co więcej, samo pojęcia „wspólnoty lokalnej” czy też „społeczności lokalnej” nabierają innych znaczeń. Po pierwsze mamy do czynienia z coraz bardziej widoczną we wskaźnikach migracji tendencją do polaryzacji w zakresie lokowania planów życiowych – młodzi lgną do dużych miast, starsi wykazują skłonność do osiedlania się w miastach małych lub na wsi.

Druga tendencja to proces policentralizacji procesów związanych z przepływem informacji oraz transferem kapitału intelektualnego i materialnego. Organizmy miejskie będą: albo powiększać i rozwijać swoją strukturę, albo znajdą się na drodze do zwijania funkcji miejskich i przekształcania się w ośrodki satelitarne wobec metropolii lub wręcz miejscowości o charakterze wiejskim. Nie widać w dostrzegalnej perspektywie czasowej czynników, jakie miałyby konserwować obecny schemat (tym samym liczbę) miast tylko ze względu na partykularne żądania. Na marginesie: to samo dotyczy statusu gmin, powiatów i województw, których liczba, granice, a nawet dalsze istnienie tych jednostek samorządu terytorialnego.

Włodarze (obecni i ci, których wybór dokona się za nieco ponad miesiąc) czy chcą, czy nie chcą, są odpowiedzialni za definiowanie perspektyw dla miast, jakimi z demokratycznego mandatu zarządzają. Słysząc beztreściowe deklaracje o tym, że „będzie się nam żyło jeszcze bardziej kolorowo, radośnie, wygodnie, tanio i miło” należy usłyszeć i powielić alarm. Tego typu oświadczenia, jakich jest / będzie mnóstwo w trakcie samorządowej kampanii wyborczej dowodzą bezsprzecznie o obywatelskiej i politycznej niedojrzałości wygłaszających teksty w formacie być może miłym dla ucha, w oprawie miłej dla oczu, ale z gruntu nierealnej. Nie trzeba być nawet przeciętnym obserwatorem życia publicznego, by zdawać sobie sprawę z tego, że prawienie miłych słów i pląsy w wykonaniu kandydatów na oczach wyborców mogą chwytać za serce, ale mają niewiele lub nawet nic wspólnego z rozsądkiem i odpowiedzialnością. #miasto2_0 tak nie powstanie, może to natomiast doprowadzić do uwiądu miasta w postaci, jaką znamy tu i teraz.

Jak zatem wypatrywać choćby symptomów potencjałów, dzięki którym nasza miejscowość stanowi obszar rozkwitu? W czasie wyborów, ale jeszcze bardziej poza okresem ściśle rozumianej kampanii, warto wnikliwie i systematycznie pozycjonować miasto. Da się tę powinność – spoczywającą nie tylko na barkach włodarzy i radnych – zobrazować analogią do reakcji na cykl pór roku. Dobrze byłoby, gdybyśmy ustalali fazę, w jakiej znajduje się miejscowość, w której toczy się moje – twoje – nasze życie nie w oparciu o prognozę widoczną na ekranie smartfona czy telewizora (to znaczy PR-owy przekaz magistratu). Podstawą winno być to, co widzimy za oknem i czujemy po jego uchyleniu (to jest osobista ocena jakości życia i obiektywne wskaźniki socjologiczne i ekonomiczne).

Koniukturę dla #miasto2_0 tu i teraz rozpoznajemy po tym, gdy stwierdzamy na podstawie samodzielnej obserwacji (być może burzliwą i zielono-monotonną) wiosnę, a nie (urzekająco kolorową i kojącą emocje) jesień. Jeśli czujemy intensywne (np. demograficznie, gospodarczo) pod każdym względem) lato, bierzmy pod uwagę nieuchronność nadejścia (wymagającej zapasów) zimy symbolizującej dekoniunkturę i wtedy kumulujmy energie na nadchodzący czas.

Jaką porę roku ma nasze miasto?

Krzysztof Kotowicz / www.kotowicz.pl (17.09.2018)