Zaczęło się pewnie od takiego zdania…

HISTORIA POCZĄTKÓW PAŁACU – POMYSŁ I PROJEKT

Zaczęło się pewnie od takiego zdania: – A w tym miejscu chciałabym pałac, ale nie taki pospolity, który nie będzie się praktycznie niczym wyróżniał od znanych mi budowli. Chciałabym taki na totalnym wypasie (no to słowo pewnie nie padło, ale zdecydowanie pasowało by tu jak ulał). Koszty nie grają żadnej roli – rzekła drobna, czarnowłosa królewna do architekta Karla Fridricha Schinkla, który aż klasnął z radości w spocone dłonie.
– Królewna chce, to królewna dostanie – rzekł i skłonił się tak nisko jak tylko pozwolił mu obcisły garnitur, tudzież surdut. Wiele pięknych projektów wykonywał już dla znakomitości w tej części globu, jak chociażby przebudowanie zamku w Kórniku, czy zaprojektowanie Pałacu arcybiskupiego w Gnieźnie, jednak po raz pierwszy stanęło przed nim tak wielkie przedsięwzięcie i to bez ograniczonego budżetu (mokry sen każdego architekta)
–  Ten pałac będzie perełką w koronie moich dotychczasowym prac – pomyślał i czym prędzej pospieszył do swojego biura, by sporządzić pierwsze szkice.

BUDOWA PAŁACU W KAMIEŃCU ZĄBKOWICKIM

15 października 1838 roku z wielką pompą wkopano kamień węgielny pod budowlę, która miała olśnić każdego kto tylko by ją zobaczył. Jednak zanim to nastąpiło, trzeba to cudo pobudować, a jak pewnie się domyślacie, kobiety inwestorki to zdecydowanie ciężki temat dla budowlańców, bo i kafelki nie te i marmur w stajniach nie tak skrojony.
Potem jeszcze przecież trzeba dobrać kolor płyteczek pod firaneczki i już inwestycja przeciąga się jak szalona, a tu jeszcze przecież ogród i to nie byle jakiś tam ogródek na warzywa, tylko – bagatela – ponad 200 ha dziewiczego terenu, który miał przyćmić wszystkie inne przypałacowe parki, ale o tym za moment.

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim na Dolnym Śląsku – Ogrody widziane z pałacu

Powróćmy na teren budowy i przenieśmy się do roku 1848, kiedy to w oparach wielkiego, a wręcz gigantycznego skandalu obyczajowego runęło małżeństwo królewny Marianny, co niestety zastopowało prace. Wznowiono je dopiero w roku 1853. Co prawda nie można powiedzieć, że ruszyły z kopyta, ale i tak posuwano się do przodu szybciej niż z budowanie tras ekspresowych w nowoczesnej Polsce, by już w roku 1872, a dokładniej 8 maja odsłonić pomnik Nike, co symbolicznie zakończyło prace budowlane.

PAŁAC MARIANNY ORAŃSKIEJ – DANE TECHNICZNE

Rezydencja została pobudowana na planie prostokąta o wymiarach 75 metrów na 48 metrów, na rogach którego umieszczono cztery potężne wieże wznoszące się na wysokość 33 metrów, dodając jeszcze dwie na dłuższych bokach. Sam budynek też jest niewiele niższy, bo wznosi się na 25 metrów, co jak przyznacie daje kawał domostwa.
Dodać do tego jeszcze 100 pomieszczeń mieszkalnych, stajnie wewnątrz rezydencji, piękną salę balową z ogromnym tarasem widokowym skierowanym na panoramę Gór Złotych i Bardzkich, oraz dwa dziedzińce wewnętrzne o wymiarach 19,5 m na 18,2 m i  już wiadomo, po co było potrzebne aż 20 tyś m2 powierzchni. Jednak nie zanudzam już dłużej suchymi faktami i pędzimy odetchnąć do ogródka.

OGRÓD W PAŁACU

Drugim ogromnym wyzwaniem, które realizowano równolegle do samej budowy, było zagospodarowanie 200 ha okolicznych terenów zielonych. Zadania tego podjął się nie byle kto, bo generalny dyrektor Ogrodów Pruskich Peter Joseph Lenné. Żeby uzmysłowić sobie cóż była to za ważna postać, to należy nadmienić, że ten człowiek dostał zlecenie od samego króla pruskiego Wilhelma IV wykonania projektu zagospodarowania przestrzennego Berlina, czyli jak by nie patrzeć doświadczenie jako takie posiadał.
Peter, tak jak w przypadku swojego kolegi architekta, też nie zasypywał gruszek w popiele, tylko chwycił kajecik w rękę i poszedł szkicować, planować i zapisywać pomysły, które ostatecznie zatwierdzała inwestorka, no bo jak by inaczej. W końcu po wielu wyrwanych włosach z głowy i jeszcze większej siwiźnie udało się dojść do kompromisu i przystąpiono do realizacji.

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim na Dolnym Śląsku – Ogrody widziane z pałacu

Pierwsza część projektu zakładała powstanie tarasów i fontann, których było raptem 27, z czego największa tryskała na wysokość aż 33 metrów. Do tego dołożono pergole ozdobione rzeźbami wykonanymi z niesamowitą starannością, oraz ławki wykute w białym marmurze.
Z kolei w drugiej części ogrodu z założenia miało być romantycznie, w czym miały pomóc porozrzucane po całej powierzchni formacje skalne, sadzawki i wodospady. Oczywiście nie zapomniano o zwierzakach i wygospodarowano 25ha wolnej przestrzeni na której wesoło hasały sarenki, dziczały dziki i tuptały nocą jeże. Normalnie raj na ziemi.

O MARIANNIE ORAŃSKIEJ SŁÓW WIĘCEJ NIŻ KILKA

Zapewne zastanawiacie się kim była ta kobieta, która dysponowała tak ogromnym majątkiem by spełniać swoje najbardziej wymyślne marzenia i charakterek taki, że potrafiła rozstawić po kątach najznamienitszych architektów i budowlańców swoich czasów i to w XIX wieku, gdzie jak wiecie z prawami kobiet i ich pozycją społeczną nie było tak kolorowo. Już spieszę z odpowiedzią.
Marianna Wilhelmina Friederika Luisa Charlotta Prinzessin von Niederlande, czyli w skrócie Marianna Orańska urodziła się w roku 1810 w poważanej, królewskiej rodzinie. Jak bardzo poważana to była rodzina niech świadczy fakt, że w 1815 jej tatuś Wilhelm I został królem Niderlandów. Mała Marianna chowała się więc na najznamienitszych dworach mając praktycznie wszystkiego w nadmiarze, jednak jak to w przypadku okrutnego losu jednego nie mogła sobie kupić – szczęścia w miłości.

NIESZCZĘŚLIWA MIŁOŚĆ

Gdy z dziewczynki uganiającej się za motylkami wyrosła piękna kobieta, Marianna zakochała się bez pamięci w wygnanym szwedzkim księciu Gustawie Wazie i nawet doszło do zaręczyn. No ale błękitna krew rządzi się swoimi prawami i król Szwecji widząc zagrożenie z usankcjonowania takiego związku wysłał natychmiast depeszę do tatusia Wilhelma w której napisał  – „…szanowny tato Marianny, jak ta wyjdzie za mąż za Gustawa, to te Twoje Niderlandy to będą, ale rozj……”. Królowi Niderlandów zatrzęsły się dłonie i po czym wezwał w te pędy Mariannę i kazał jej zerwać zaręczyny. Lament podobno był ogromny, no ale cóż poradzić –  sprawa wagi państwowej.

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim na Dolnym Śląsku – Portret Marianny Orańskiej

Co gorsza wyswatano ją w roku 1830 z jej bratem ciotecznym Albrechtem Pruskim (Ci to mieli pomysły), który nie próżnował i już w niedługim czasie rozbił bank 500 plus, płodząc pięciu potomków. Trzeba przyznać Albrechtowi, że nie miał problemów z płonącym konarem, ale niestety była to jego jedyna zaleta.
Marianna z racji tego, że była dziewczyną inteligentną nie miała o czym gadać z Albrechtem, który prawił tylko o wojaczce, w końcu na tym się znał bo już od dziesięcioletniego pacholęcia był żołnierzem na służbie u króla.  No i tak siedzieli wieczorami w ciszy – znaczy w ciszy siedziała sobie księżniczka, bo mężowi dalej płonął konar, tylko w innych domostwach. Kurcze…czy kobietom też się przyprawia rogi? Hmm…no nieważne. Ważne, że Albrecht latał po sąsiadkach a  może nawet sąsiadach i buszował.

SKANDAL

No i wtedy stała się rzecz nie do pomyślenia. Marianna Orańska w 1845 powiedziała dość i porzuciła swojego męża zostawiając mu nieletnie dzieci i wyjechała do Voorburga w Holandii.  Już samo opuszczenie męża było czymś skandalicznym, ale bomba miała dopiero wybuchnąć, bo jak się okazało księżniczka zaczęła prowadzać się ze swoim koniuszym. Kurczę, wyobrażacie to sobie? Księżniczka i sługa razem? Gdyby jeszcze koniuszy nad rankiem czmychał w popłochu z alkowy to nie było by takiego wydźwięku, ale oni tak oficjalnie, za rączkę.
No i jeszcze wystąpiła o rozwód z Albrechtem, który otrzymała w 1848 – HAŃBA po stokroć!!! Już nie wspominając dziecka które urodziło się z tego „okropnego” związku rok później. Hańba po tysiąckroć!!! Wszystkim rodzinom szlacheckim w Prusach w jednym momencie pękła żyłka, powodując przedziwne tiki nerwowe. Sam król Prus tak się wściekł na ten mezalians, że wydał oficjalny zakaz zbliżania się Marianny do dzieci ze związku z Albrechtem i ograniczył jej pobyt na terenie królestwa do 24 godzin w ciągłości. Każdy zaś wjazd i wyjazd na teren królestwa  był skwapliwie odnotowywany.
A co na to Marianna? Kobiecina  była na cztery kopyta kuta i nie robiąc sobie nic z wydanych zakazów, zakupiła posiadłość tuż przy pruskiej granicy oddalonej od Kamieńca Ząbkowickiego aż o 12 kilometrów i codziennie w tempie spacerowym przyjeżdżała do swojej budowanej rezydencji, by przed upływem 24 godzin wracać na noc do posiadłości w Austrii.
Nasz Drzymała, ten od wozu,  powinien przybić piątala Mariannie, bo przecież nie było nic lepszego w tym czasie jak bezsilny pruski urzędnik. Chcieli jeszcze coś tam uprzykrzyć jej życia i zabronili wchodzenia do posiadłości głównym wejście, ale to też obeszła sprytnym manewrem, bowiem nakazała zbudować schody do okna znajdującego się tuż obok (Dzisiaj zwiedzający wchodzą na teren pałacu tą samą drogą co Marianna).
Jednak nie tylko skandalami obyczajowymi zapisała się w pamięci zwykłych ludzi. W głównej mierze zapamiętano ją jako świetnego gospodarza, dbającego o swoje włości w sposób szczególny. Dbałą o ludzi, robiła wiele inwestycji by żyło się lepiej i dlatego też do dzisiaj mówi się o niej „Dobra Pani”.

SMUTNY KONIEC ŚWIETNOŚCI PAŁACU

Jak to w przypadku takich posiadłości bywa po latach prosperity nadszedł czas strasznych zniszczeń. Czarne chmury pojawiły się nad pałacem w momencie gdy zbliżało się ku końcowi II wojny światowej i wpadli w jego mury czerwonoarmiści.

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim na Dolnym Śląsku – Pałacowe korytarze i krużganki

Wyobraźcie sobie rabunek na gigantyczną skalę trwający wiele dni. Co rusz z zamkowych komnat wynoszono wszystko co wpadało w ich łapy i natychmiast przewożono na pobliską stację, gdzie ładowano ogromne wagony. Jednej po drugim zapełniane pod sufit meblami, obrazami i dywanami perskimi, aż w końcu wrota siedemnastego wagonu zostały zaplombowane i lokomotywa, sapiąc i gwiżdżąc powoli ruszyła z cennym ładunkiem do Moskwy. Żeby jeszcze żołdacy wiedzieli co wywożą i w jaki sposób to traktować, ale Ci prości ludzie nie mieli o tym pojęcia i chociażby gigantyczne perskie dywany, pocięli na kawałki by lżej się je nosiło.

TRAGEDIA

Jednak najgorsze nastąpiło po rabunku. Przecież to siedlisko burżuazji niemieckiej nie mogło się ostać się na terenach wyzwolonych, dlatego podłożono ogień pod rezydencję by dokonać dzieła zniszczenia i zakazano gasić.

CO DALEJ? CZYLI JAK FENIKS Z POPIOŁÓW

W roku 1984 pałac został wydzierżawiony prywatnemu przedsiębiorcy, który przystąpił do remontów z zamysłem stworzenia tutaj hotelu. Mimo, że popadł on w konflikt z urzędnikami zarzucającymi mu samowolę budowlaną, to trzeba przyznać, że miliony wpompowane w ruinę zamku w Kamieńcu Ząbkowickim, pozwoliły jej dotrwać do naszych czasów.
Wymienił dach, wstawił okna i co najważniejsze udostępnił go zwiedzającym. Po śmierci dzierżawcy w roku 2012 posiadłość powróciła do majątku gminy i tutaj niespodzianka. Samorząd nie pozbył się szybciutko kolosalnego problemu jakim niewątpliwie była rezydencja, tylko zakasał rękawy i postanowił przywrócić mu świetność. Do teraz wpompowano w niego ponad 7 milionów złotych, co jest dalej kroplą w morzu potrzeb, bo szacuje się, że w ciągu 13 lat potrzebne będzie około 250 milionów. Mimo to efekty pracy są już dzisiaj zauważalne i z miesiąca na miesiąc jest coraz lepiej, o czym można przekonać się samemu odwiedzając Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim samodzielnie.

ZWIEDZANIE PAŁACU

To już było nasze drugie podejście do pałacu, które na szczęście zakończyło się powodzeniem. Za pierwszym razem zobaczyliśmy z daleka bryłę posiadłości i po zdecydowaniu się zobaczenia cóż to za cudo, pomyliły nam się kierunki i wylądowaliśmy  zupełnie gdzieś indziej.
Tym razem, po dwóch latach od poprzedniej próby,  zawitaliśmy do Kamieńca z samiutkiego rana i o dziwo nie byliśmy pierwszymi czekającymi na otwarcie kas biletowych. Moment po nas przyjechały autobusy wypełnione turystami, którzy po rozciągnięciu obolałych mięśni ustawili się w kolejce po magnesy, wykupując wszystko jak leciało
– Kurcze – pomyślałem – ma pałac wzięcie, będzie dobrze i ruszyliśmy ku rezydencji. Zwiedza się z przewodnikiem – żywym, nie żadnym tam multimedialnym, ale bez obaw. Ten co nas oprowadzał to donośnością swojego głosu śmiało mógłby budzić nieboszczyków. Na tyle miał wyćwiczony aparat mowy, że bez problemu można było oddalić się i spokojnie porobić fotki, a dalej słyszeć go tak jak by stał obok.

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim na Dolnym Śląsku – Widok na mury pałacowe

Ogólnie rzecz ujmując, posiadłość robi niewiarygodne wrażenie, tym bardziej jak spojrzy się na zdjęcia prezentujące jak to wyglądało jeszcze kilka lat temu. Co prawda nie ma zbyt wielu eksponatów wewnątrz i raczej zwiedzanie polega na wysłuchaniu opowieści o dawnych czasach, ale nie od razu Kamieniec zbudowano i podejrzewam, że po remoncie generalnym włodarze zaczną uzupełniać stare komnaty o meble z epoki.
Nam podobało się bardzo i szczerze polecamy każdemu ten niesamowicie piękny Pałac Marianny Orańskiej. Jedźcie i odwiedzajcie, bo warto!

CIEKAWOSTKI

Koszt budowy pałacu wyniósł 3 miliony marek, na dzień dzisiejszy to równowartość 3 ton złota, czyli coś około 420 000 000 milionów PLN
Szabrowanie pałacu trwało w najlepsze jeszcze kilka lat po wojnie. Doszło nawet do tego, że próbowano wyszarpać kolumny z sali balowej przy pomocy traktora, na szczęście były na tyle solidne, że zrezygnowano z tego głupiego pomysłu. Nie poszczęściło się natomiast kolumnie z rzeźbą Nike, która skończyła w piecach hutniczych. Mimo strawienia przez pożar, ściany pałacu pozostały błyszczące. Jest to zasługa specjalnie wykonanych politurowanych cegieł Część marmuru z Pałacu w Kamieńcu została wykorzystana do budowy Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.
Kamieniec Ząbkowicki może poszczycić się własną odmianą jabłek, którą stworzył pałacowy ogrodnik. Nazwał ją „książę Albrecht”
W zamku działały windy: osobowa, towarowa i z kuchni na pokoje książęce, którymi wożono posiłki. Ogrzewanie tak potężnego kompleksu rozwiązano za pomocą ogrzewania podłogowego (w niższej kondygnacji) i ogrzewania kaloryferami w wyższych kondygnacjach. Co ciekawe za wzór ogrzewania posłużyły rozwiązania z zamku w Malborku. Parkowe latarnie oświetlano za pomocą gazu uzyskiwanego w biogazowni, która przetwarzała końskie łajno uzyskiwane z pałacowych stajni. Za czasów swej świetności pałac mienił się wieloma odmianami zieleni za sprawą zgromadzonych tu roślin. Korytarze obiegające oba dziedzińce były pierwotnie przeszklone i ogrzewane. Dzięki temu rosły w nim egzotyczne rośliny. Do naszych czasów przetrwał jedynie bluszcz wspinający się po murach od strony dziedzińca.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

ADRES: Zamkowa 9, 57 – 230 Kamieniec Ząbkowicki
CENNIK: Bilety do nabycia 15 minut przed pełną godziną, w Punkcie Informacji Turystycznej (Czerwony Kościółek) lub w pałacowej kawiarni. Bilet normalny -25 zł, bilet ulgowy -15 zł, bilet specjalny – 10 zł, grupy powyżej 30 osób – 15 zł.
GODZINY OTWARCIA: Zwiedzanie odbywa się co godzinę. Poniedziałek – sobota – 10:00 do 17:00. Niedziela – 10:00 do 18:00.
Tekst i foto: Michał Baranowski / „Nasze Szlaki” – blog podróżniczy
Dziękujemy za udostępnienie materiału do publikacji w portalu Ząbkowice4YOU.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.