Bajka, nie bajka… o budyniu albo (jak kto woli) serku homogenizowanym. Było sobie raz maleńkie królestwo, w którym wszyscy byli do siebie tak podobni pod względem poglądów, iż przypominali budyń lub wspomniany już serek homogenizowany.

Dla niepoznaki budynie miały różne kolory, które sugerowały odmienne smaki. Serki też, w zależności od barwy kojarzyły się z różnymi efektami odczuwanym przez podniebienie. W istocie jednak były to tylko pozory różnorodności wymagane ze względu na estetyczne zamiłowania władcy. Dawało to też pożywkę mediom – też mniej lub bardziej kolorowym, dzięki czemu dało się je pomiędzy sobą odróżniać – które na przemian chwaliły ten czy inny rzekomy smak. W rzeczywistości oddawały tym samym hołd oczekującemu tego władcy, którego rzeczone już gusta i guściki były zaspokajane adekwatnie do jego niestabilnych z racji wieku i niedojrzałych z powodu braku doświadczeń upodobań i zachcianek. Władca mający jurydycznie zapisany monopol na podejmowanie ważkich rozstrzygnięć, a zarazem zgarnąwszy pulę ingrediencji, wskazywał swoim przybocznym jakie gradienty są mu danego dnia bliższe.

Bywało też i tak, że bez słów, lecz z samych gestów i spojrzeń domyślali się oni co ich panu przynieść może ukojenie lub uskrzydlić go. Po prawdzie byli niczym naczynia połączone, w których ów budyń czy też serek homogenizowany przelewał się to tu, to tam i za każdym razem wzbudzało to albo wdzięczność poddanych, za to, że nic się im czy dla nich nie dzieje niedogodnego, albo ich ulgę gdy działo się coś dającego im poczucie nasycenia. A władca – co przyznać trzeba dobitnie – karmienie budyniem / serkiem homogenizowanym – opanowane miał w stopniu zbliżonym do doskonałości. Wzbudzał tym mlaskanie, mmniammanie i inne pełne urzeczenia reakcje i to nawet u tych, których dość winno być ostrości spojrzenia, by widzieć niewidzialne.

W takiej to aurze nikt nie śmiał nawet szepnąć, o mowie czy pisaniu nie wspominając, że serwowana na lewo i prawo papka, jakkolwiek ją zwać, jest zwyczajnie nudna. Takoż nudna, że aż do nudności mogąca doprowadzić. Z czasem zdolność do podejmowania wysiłku procesu trawiennego – jaki miałby się zaczynać choćby od ugryzienia czegoś, od doznania ostrości czy łagodności smaku, od przyjemności chrupania (pojęcie chrupania zostało wyeliminowane ze słownika, bo ujawniało skrytobójcze względem władcy zamiary tego, kto zamierzał chrupać), od doznawania temperatury czy też konsystencji – zanikała. Jedynie nieliczni czuli, iż jałowość tak upostaciowionej konsumpcji pozbawia ich radości z jej doświadczania.

Coraz liczniejsza też była zbiorowość tych, którzy nie znali lub nie mogli pamiętać tego, czym jest kęs chleba z wypieczoną i posypaną makiem skórką lub gryz dobrze wypieczonego befsztyka, czym jest gazowana woda i aromatyczna kawa, jak to jest dotknąć ustami zimnego loda czy zanurzyć je w puszystym aksamicie słodkiego wypieku. Nawet kisiel, szczególnie o cytrynowym czy wiśniowym smaku, uchodził za kulinarny eksces, choć przecież konsystencjonalnie zdawał się być pokrewnym wobec budyniu czy serka homogenizowanego produktem. Kisiel, mimo swych podobieństw do ulubionych przez władcę dań, jakimi sam się futrował i pasł nim innych, był traktowany niechętnie, bo był …przezroczysty, a we wspomnianych i zbliżonych smakach na dokładkę …wyrazisty. Można go było jeść na ciepło i na zimno i nie dało się go sprokurować inaczej, niż na bazie czystej wody, dobrej mąki z dorodnych ziemniaków, domieszki prawdziwego cukru i przede wszystkim świeżych owoców. Przezroczystość i wyrazistość (nie tylko w postaci kisielu, a właściwie w tej formie najmniej) były jednymi z kluczowych pól ryzyka, jakie władca oddalał od siebie i kazał też odsuwać je od siebie swoim przybocznym. Bynajmniej nie ze względu na troskę o nich, lecz z powodu obawy, że przywloką na sobie któryś z tych wirusów lub co gorsza oba na pole, jakim do tej chwili samopas dysponował. Gdzie mógł, komu mógł mówił i powtarzał, powtarzał i mówił, jak miał dość chęci to i pisał, że to, co jest nieprzejrzyste daje poczucie bezpieczeństwa, zaś to, co niejednoznaczne dowodzi otwartości.

W owym królestwie, od  czasu koronacji władcy, nie pojawiało się żadne zjawisko, które swoją skalą i znaczeniem mogłoby zakłócić status quo. I tak byłoby bez końca, gdyby nie fatalny dla władcy zbieg okoliczności. Pierwszy był przewidywalny, drugi stał się niemiłą niespodzianką. Pierwszy wynikał z konieczności wystawienia korony i berła do wglądu publicznego. Był bowiem taki pisany obyczaj, iż raz na jakiś czas owe atrybuty mogli oglądać wszyscy, by dać im poczucie, że do wszystkich należą.

Drugą okolicznością komplikującą sytuację władcy było pojawienie się na areopagu pogłosek, iż jest alternatywa dla budyniu i serka homogenizowanego. Co gorsza dla władcy, wypowiadane szeptem lub wpuszczane nienachalnie w obieg publiczny tezy, że coś może smakować, że ktoś może poczuć różne smaki, że warto przynajmniej chcieć to sprawdzić, wprawiły go w stan wzmożonego niepokoju. Zaczął się tedy domagać od swoich przybocznych tego, by podawane mu dotąd i dawane przez niego innym papki miały coraz inne kolory, i żeby te barwy różniły się od siebie bardziej, niż dotąd. Żądał także, by budyń był choć trochę ciepławy, a serek nieco zimnawy. Wszystko po to, by obalić hipotezy o bylejakości tego, co oferował poddanym i ujawniającej się tym samym jego nijakości. Zwołał nawet miting dla pretorian, w trakcie którego stwierdził, że za nic nie odstąpi od dotąd praktykowanego sposobu pichcenia ogólnokonsumowalnej strawy. Ubrał swą deklamację w zapowiedź poematu o wyższości niczego nad czymś, o małości tego, co wyżej, o niepewności tego, co pewne oraz o nadzwyczajności tego, co banalne.

Nieświadom, że nie jest już słuchany, wrócił do komnaty swoich wyobrażeń o sobie samym i o swojej doskonałości, ku której zmierza od początku i chce ku niej iść do końca. Tym, co chroniło władcę był już tylko strach. Strach przed smakiem, konsystencją i temperaturą czegoś innego, niż wszyscy dotąd spożywali. A za rogiem pałacu był maleńki sklepik, w którym można było kupić cytrynę, miętę, kawę i wiele innych naturalnych produktów, których kolor, smak i zapach wzbudzały miłe doznania…

Krzysztof Kotowicz / kotowicz.pl (28.02.2014)