Tym razem na pewno się uda, jest zapisany od tygodnia i jeszcze nie zrezygnował. Chociaż ostatni zrezygnował dzień przed. A przedostatni mówił, że zrezygnował, ale dziwnym trafem jego nazwisko wciąż widniało jako zapisany pacjent.

Teraz tylko zasnąć, nie stresować się, przecież to nie zależy ode mnie.

Haha. A kogo to obchodzi? Mam mieć dwadzieścia powierzchni i tyle. Mam – zdaję, nie mam – nie zdaję, prosta matematyka.

Ciągłe napięcie. Chwilowo się uśmiecham, jestem wreszcie sobą, dziewczyną patrzącą pozytywnie w przyszłość. Siedzę z ludźmi, wśród których czuję się swobodnie. Są jak rodzina, z którą spędzam piąty rok życia. Z którymi dzielę te same problemy. Wydaje się, że umiejętności posiadamy te same, a jednak przeznaczenie podtyka nam pod nosy albo beznadziejne przypadki, albo dary, dzięki którym nadrobimy normy studenckie.

Normy, normy, normy. Nienawidzę tego słowa.

Nienawidzę również tego, jak zmieniło się moje idealistyczne podejście do drugiego człowieka. Chciałam pomagać ludziom. To przede wszystkim było moim priorytetem. Dlatego tu jestem. Na piątym roku. Ale ostatnio o tym zapominam. Muszę, bo bym zwariowała. Pacjent siada na fotelu. Jedyne, co mam w głowie, to nie pomoc zgodna z przysięgą Hipokratesa, a to, żeby miał dziurę odpowiednią do załatania, najlepiej taką, która da mi trzy powierzchnie do norm. Już niedługo, wytrzymam, może do tego czasu studia nie zrobią ze mnie pazernego potwora.

Idę setny raz tym samym korytarzem. Za oknem… Ups, szatnie w piwnicach, nie widać okien. Ale pewnie i tak jest szaro. Migające jarzeniówki przyprawiają o migrenę. Pulsują niczym żyłka na skroni, kiedy ktoś mnie zdenerwuje. Idę dalej, nie dając po sobie nic poznać. Co parę chwil potrząsam głową, aby pewna nieznośna myśl ją opuściła. Niestety, wciąż wraca. Coraz częściej i częściej. Jak nieznośny pasożyt, który zostawia swoje larwy w środku mojego zmęczonego mózgu.

– Dzień dobry, nikt się nie wypisał? – spytałam przemiłym głosem, choć wiedziałam, że wydobywa się on z gardła żmii. Tak, tak siebie nazywam. Nie lubię być fałszywie uprzejma, a niektóre osoby nie zasługują na uśmiech. Co innego, powiedzieć „dzień dobry”, tego wymaga kultura, której nikomu żałować nie będę, co by mamie wstydu nie przynosić, że mnie źle wychowała.

– Nie – odparła zdziwiona pani. Ona w sumie nawet nie próbowała udawać miłej. To po cholerę ja się tak męczę? A, już wiem. Bo dostanę złe narzędzia, bo jakimś trafem wcześniej zostanie włączony autoklaw do sterylizacji, zanim oddam swoje rzeczy, bo nie dostanę kubeczka. Dużo zależy od cerberów dających przepustkę na klinikę. Dobra, już sobie przypomniałam, dlaczego muszę być miła.

Zajęłam miejsce przy przypisanym fotelu. Czekam. Po drodze kartkówka. Śmieszne, że bardziej przejmuję się tym, co będzie po teście. Tym, na co nie mam wpływu.

Piętnaście minut spóźnienia. Proszę o numer telefonu. Wybieram numer. Jest sygnał, napięcie rośnie. Pacjent na pewno odbierze i powie, że już jest w instytucie, że zaraz będzie, że…

– Halo? – zostałam brutalnie wyrwana z zamyślenia.

– Dzień dobry, dzwonię z instytutu stomatologii, miała pani dziś wyznaczoną wizytę…

– Nie będzie mnie, jestem w pracy.

Jak butem w twarz. Nie, już nie próbowałam być miła. Syknęłam coś pod nosem i się rozłączyłam.

Może bolałoby mniej, gdyby ktoś po drugiej stronie telefonu powiedział zwykłe „przepraszam za kłopot”? Zaklęłam po cichu. Humor zepsuty, tylko czekolada i chipsy mogłyby go naprawić. Ale na klinice nie można jeść.

Czwarte zajęcia na czternaście, mam do zrobienia dwadzieścia powierzchni, zrobiłam dopiero jedną, czyli przez następne dziesięć zajęć muszę robić po około dwie, czyli jak jeszcze jeden pacjent nie przyjdzie, to…

Rachunek był prosty. Ni hu hu nie zaliczę semestru. Bo ktoś umówił sobie wizytę, a siedzi w pracy! Bo ktoś zapomniał, bo ktoś gotuje obiad, bo ktoś nie szanuje mojego czasu i myśli, że przychodzę sobie tutaj posiedzieć.

Coś pękło. Wyjęłam z kieszeni kartkę. Dopisałam do listy kolejne nazwisko. Chcą ze mną pogrywać? Co to to nie.

– Kolejna osoba została zamordowana z zimną krwią. Ofiara to mieszkanka Łodzi Krystyna K. , również pacjentka instytutu stomatologii, co łączy ją z poprzednimi sześcioma ofiarami. Śledztwo trwa, ale nikomu nie udało się postawić zarzutów.

– Co ciekawe, każda z ofiar, jak donosi patomorfolog, tuż przed śmiercią miała leczone bez znieczulenia wszystkie zęby, które takowego leczenia wymagały. Niewprawna ręka przy trudniejszych ubytkach wskazuje na winę młodej osoby.

– Dochodzenie jest bardzo trudne, ponieważ wielu studentów nie ma alibi na czas dokonywania zbrodni.

– Ustalono, że żadna z ofiar nie stawiała się na umówione do studentów wizyty stomatologiczne. Ostatnie z tych wizyt były przypisane studentce piątego roku –   Agacie D.

Tekst: Agata Dymała
Fot: Shane Thoms (album „The Modern Ruins of Japan”)