Monologi bez słów. Obrazy niemal bez barw. Gesty niemal niewidoczne. Cztery niezależne od siebie biografie. Inne postacie ledwo widoczne lub istniejące domyślne. Minimalistyczne tło kolejnych sekwencji. Fotograficznie ukształtowane kadry sceny obejmujące indywidualne okoliczności lub ich sploty. Całość jak obraz rozpięty jeszcze na sztaludze malarza, bo początek i koniec są jedynie punktami wyznaczającymi zakres udostępnienia dramaturgii widzom, co wcale nie jest równoznaczne ze źródłem i celem zdarzeń. Tytuł dzieła: „Anioły umierają nocą”.

Wprawdzie tłumu na scenie nie było (na widowni niestety też), to każda z postaci tworzących sekwencje klasycznie liniowej fabuły przedstawienia, formułowała swoją bezsłowną, za to bardzo nasyconą gestami, narrację. Splot sylwetek czterech kobiet to potrząsające wyobraźnią zderzenie prozaicznej szarej rzeczywistości z wielobarwnością ich boleśnie niespełniających się nadziei i marzeń. Inne osoby pojawiające się na orbicie ich codziennej usystematyzowanej egzystencji, choć widoczne niejako w tle i przez to powierzchownie, w zasadzie również zaznaczają swoją obecnością tę warstwę ludzkiego życia, w której nie ma miejsca na autentyczne odniesienia do spotykanych ludzi. Dochodzi wprawdzie do okazjonalnego zetknięcia się czterech bohaterek, wskazującego zresztą na to, iż nie są sobie obce, lecz to tylko „nieszczelność” systemu, w jakim funkcjonują niezależnie od siebie. Pętla zdarzeń sprawia, że wychodząc od samotności, kobiety wracają do niej. I tak pewnie jest i przed, i po wycinku opisanych wyobraźnią twórcy spektaklu ich biografii. Może dlatego, że samotność jest jak pętla?

Włodzimierz Butrym, prezentując nową odsłonę widowiska „Anioły umierają stojąc” po raz kolejny mocno zaskoczył nawet tych, którzy znają charakter i stylistykę jego teatralnych kompozycji. Obie odsłony „Aniołów…” były niejako dwiema stronami tego samego artystycznie wytłoczonego teatralnego medalu. Aktorki, które wcieliły się w tytułowe bohaterki, wykazały nie tylko ogromną energię i talenty aktorskie, ale przede wszystkim unaoczniły istotę przesłania zawartego w „Aniołach…”. Jest nim niekonwencjonalne teatralnie studium o samotności. Nie jest to zjawisko tylko problemem ludzi samotnych. To jest także wezwanie skierowane do tych, którzy tej samotności nie dostrzegają. W trakcie scenicznego wywodu pojawiła się krótka – rzec można SMS-owa – sugestia. W przełamywaniu samotności nie pomogą smartfony (które były przez chwilę rekwizytem kontrastującym z całą resztą obrazu scenicznego) symbolizujące nowoczesne technologie komunikacyjne. Ratunkiem nie jest również ucieczka w ludyczną ekwilibrystykę serwowaną lub zamawianą dla chwilowego chociaż odbarczenia bólu osamotnienia. Na zaakcentowanie zasługuje jeszcze jedno. Przez całe kilkadziesiąt minut przedstawienia aktorzy nie używają słowa mówionego, ale formułują oszczędnymi, ale dobitnymi gestami donośny apel. Bez znaczenia okazał się ponadto wiek aktorów. W przeciwieństwie do pierwowzoru widowiska sprzed kilku lat temu, na scenie wystąpiły osoby dojrzałe. Pierwotnie byli to ludzie młodzi, lecz w obu wersjach sednem narracji była samotność, a ta nie dotyka tylko jakiejś wyselekcjonowanej kategorii społecznej.

„Anioły umierają stojąc” prezentowane przez Włodzimierza Butryma – i zapowiadane przez nasz portal – 31 marca 2017 r. to premiera spektaklu w odmienionej wersji. Na scenie wystąpili: Lidia Demków, Anna Poprowska, Krystyna Kamińska, Barbara Tysz, Marianna Pachucka, Zbigniew Szermer, i sam Włodzimierz Butrym. Nie było w grze aktorów, ich choreografii, w scenografii niczego zbędnego. Dzięki ograniczeniu środków wyrazu każdy akcent był widoczny i pozwalał widzom odczytywać znaczenie następujących po sobie zdarzeń – obrazów tworzących filozoficzną i psychologiczną panoramę. Skontrastowane z pierwotną formą widowisko dowiodło raz jeszcze nie tylko ponadczasowości przesłania, ale uniwersalizmu zastosowanych w nim środków wyrazu. Dobitne studium samotności w tłumie, jakim był spektakl miał jeszcze jedną wartość. Okazuje się, iż kultura potrafi przebijać się w najmniej spodziewanych uwarunkowaniach. Szef centrum kultury w Srebrnej Górze Norbert Szandrowski zaserwował publiczności po raz kolejny kulturę przez duże „K”. Na szczęście z Ząbkowic Śląskich do Srebrnej Góry nie jest daleko.