Lata mijają, pamięć blaknie jak stare fotografie. Zdarza się, że obrazy pozornie na nich utrwalone znikają zupełnie. Tak też potrafi zanikać pamięć. Choćby pamięć o Polakach, którzy przed laty zasiedlali tę ziemię. Paradoksem jest fakt, że znacznie więcej wiemy o wysiedlonych Niemcach i dawnej historii Ziemi Ząbkowickiej niż o ludziach, którzy również ekspatriowani przybyli tutaj, żeby budować życie od nowa.

Nie zadbaliśmy dostatecznie, żeby udokumentować ich postacie i nasze polskie osiągnięcia na przejętych ziemiach. Nasze archiwa mają poważne luki. Przepadło wiele cennych dokumentów. Dlatego też chciałbym choć niektórym postaciom, wybitnym i nie tylko, przywrócić pamięć. Wbudować ich w naszą tradycję. Ubogacić ząbkowicką historię, nie pomijając chwil trudnych i tragicznych.

Ząbkowice Śląskie: w tle ulice Orkana i Asnyka. Od lewej idą: pani Maria, pani Wincenta i Ewa Szpiganowiczowe

Nie zamierzam opisywać historii i działalności tego zbrojnego i represyjnego ramienia „władzy ludowej”. Ograniczę się tylko do kilku wspomnień o ludziach, których życie w dużym stopniu zostało doświadczone przez ten zbrodniczy resort, bądź nawet odebrane. Są to opowieści o zwykłych mieszkańcach, o ludziach, którzy jako osiedleńcy zamieszkali na terenie naszego powiatu. O znajomych  i sąsiadach moich rodziców. Do tygla jakim po stopniowym wysiedlaniu ludności narodowości niemieckiej stały się Ziemie „Odzyskane” wlewać się zaczęła ludność ekspatriowana z Kresów, z Polski Centralnej, niedobitki ludności żydowskiej, byli Powstańcy Warszawscy szukający bodaj chwilowego azylu w oczekiwaniu na powrót do stolicy. Dołączali do nich wracający do kraju robotnicy przymusowi, więźniowie obozów koncentracyjnych, kryjący się przed NKWD członkowie AK i innych niepodległościowych formacji polskich oraz przeróżne szumowiny jakie zwykle ciągną tuż za postępującymi wojskami. A wszystko to przemieszane zostało z pozostałą jeszcze na miejscu ludnością autochtoniczną i uciekającymi na zachód formacjami Ukraińskiej Armii Powstańczej, dezerterami różnego sortu z różnych armii II wojny światowej i ukrywającymi się członkami Wehrwolfu. Ja miałem okazję te czasy obserwować i poznać osobiście, widziałem je wprawdzie z perspektywy kilkuletniego dziecka, ale pamięć moją dodatkowo ubogacają pisane przez mojego ojca wspomnienia. A nie były to czasy łatwe. Wprawdzie życie budowano od nowa, ale pojęcia wolności i niepodległości nadal pozostawały w sferze marzeń. Ci, którym należał się szacunek i hołdy, a więc bohaterowie czasów wojny i okupacji często bywali więzieni, represjonowani, jeżeli nawet nie skazywani na śmierć. Represje na ogół dotykały ludzi szlachetnych i prawych. Tych dla których przyszłość Polski nie pozostawała obojętna. Przez cały czas „władza ludowa” starała się wymazać ze świadomości społecznej pamięć i ślady po tych, którzy kładli na szalę swoje życie, „żeby Polska była Polską” i tych, którzy chcieli żyć według wpojonych im przed wojną ideałów.

Ząbkowice Śląskie – lasek ponad basenem miejskim. Siedzą: pani Maria i Ewa Szpiganowiczowe

Gdy przybywając z odległego Zakliczyna nad Dunajcem, zamieszkaliśmy w Ząbkowicach Śl. przy ulicy Wrocławskiej 16, rodzice moi zaprzyjaźnili się z mieszkającą w domu po przeciwnej stronie ulicy, rodziną państwa Szpiganowiczów. Składała się ona z niezwykle miłego małżeństwa Wincenty i Konstantego Andrzeja, ich córeczki Ewy oraz pani Marii – matki pana Konstantego. Pani Wincenta była przedwojenną dyplomowaną pielęgniarką, pan Konstanty inżynierem geodetą, a pani Maria nauczycielką języka francuskiego. Głowa rodziny – pan Konstanty,  maturę zdał przed II wojną światową w Wilnie. Następnie ukończył podchorążówkę lekkiej artylerii w Nieświeżu. Z kolei ukończył geodezję na Politechnice w Warszawie. Po kampanii wrześniowej powrócił do Warszawy, tam na przełomie lat 1943/1944 został aresztowany na dworcu podczas łapanki i wywieziony do Majdanka. Na skutek splotu szczęśliwych okoliczności już po trzech miesiącach wyszedł na wolność dzięki wstawiennictwu przyjaciół, u których z racji dużego mieszkania, mieszkał wysokiej rangi niemiecki oficer. On to przyczynił się do jego zwolnienia. Niedługo jednak cieszył się wolnością, wkrótce został ponownie aresztowany i osadzony w Pruszkowie. Stamtąd przewieziono go do Drezna, gdzie pracował w fabryce broni. Miał szczęście, bo tuż przed wielkim nalotem alianckim na Drezno zakład przeniesiony został do Jeleniej Góry. Wtedy, wraz z lekarzem dr Sielickim, zdecydowali się na ucieczkę, zostali jednak złapani i osadzeni w obozie pracy w Miliczu, a na koniec w Ząbkowicach Śl. Koniec wojny zastał go w tym mieście, tam też zdecydował się pozostać i zamieszkać. Wkrótce ściągnął swoją rodzinę przebywającą wówczas w Augustowie, która w upiornych warunkach, po dwóch tygodniach jazdy pociągiem towarowym, dotarła wreszcie na miejsce. W lutym 1946 r. na walnym zgromadzeniu Wrocławskiego Związku Mierniczych Rzeczypospolitej Polskiej został wybrany na prezesa Zarządu Związku. Po zarejestrowaniu się jako geodeta we Wrocławiu w Wojewódzkiej Radzie Narodowej, otrzymał pracę na terenie Kłodzka, Ołdrzychowic i Żelazna. Jednocześnie od czerwca 1945 r. był kierownikiem Referatu Kultury i Sztuki w Ząbkowicach Śl. Zadanie miał bardzo utrudnione, a właściwie w tamtych czasach niewykonalne. Udało mu się jedynie ochronić część dóbr składowanych w zamku i pocysterskich zabudowaniach klasztornych w  Kamenz (Kamieńcu Ząbkowickim)  w Quickendorf (po wojnie Kwiatkowice, obecnie Lutomierz) i w Heinrichau (Henrykowie). Pan Konstanty solidnie i z poświęceniem pracował, dalszy los całej rodziny zapowiadał się pomyślnie oraz dobrze wróżył na przyszłość.

Pani Wincenta Szpiganowicz i Leszek A. Nowak

Wtem, nagle i niespodziewanie na skutek donosu został aresztowany przez PUBP i uwięziony najpierw w Ząbkowicach Śląskich, a potem w Kłodzku. Zarzucono mu, że słucha zachodniego radia co jest dowodem na to, że jest przeciwny ludowej władzy. W Ząbkowicach przez sześć tygodni przetrzymywany był w nieludzkich warunkach w ziemiance wykopanej przy siedzibie PUBP. Podczas przesłuchań bito go i dręczono. W końcu doprowadzono do procesu, w wyniku którego został uniewinniony. Wszyscy powołani przez prokuraturę świadkowie zgodnie z prawdą świadczyli za nim. Zarzuty zawarte w donosie, okazały się nieprawdziwe, a sam donos najprawdopodobniej został spreparowany przez nadgorliwych funkcjonariuszy bezpieki, dla których uczciwy i prawy, o przedwojennej moralności inżynier geodeta był solą w oku. Po wyjściu na wolność nie pozwolono mu podjąć pracy w zawodzie. Chcąc utrzymać rodzinę pracował jako nauczyciel matematyki, fizyki i rysunku technicznego. Codziennie musiał dojeżdżać z Ząbkowic do szkół w Dzierżoniowie i Świdnicy. Dopiero po roku 1956 w wyniku gomułkowskiej odwilży mógł wreszcie zatrudnić się jako geodeta w Zakładach Górniczo – Hutniczych w Szklarach koło Ząbkowic Śl. Tam na podstawie własnego patentu zbudował piec obrotowy do wytopu rudy. Niestety choroba nabyta w więzieniu na dłuższą metę nie pozwoliła mu na stały etat w zakładzie, zmuszony więc został do powrotu do zawodu nauczycielskiego. Do śmierci uczył matematyki, fizyki i rysunku technicznego  w ząbkowickim technikum. Represje i szykany ze strony UB doprowadziły do tego, że rodzina cierpiała biedę i straciła poczucie bezpieczeństwa. Po aresztowaniu pana Konstantego, ząbkowicki UBP podczas rewizji dotkliwie ograbił jego mieszkanie, a zabytkowe meble prawem kaduka trafiły do siedziby PZPR przy ul. 1 Maja. Nigdy nie zostały zwrócone, a rodzina nie doczekała się żadnego zadośćuczynienia za krzywdy materialne i moralne.

Pan inżynier geodeta Konstanty Andrzej Szpiganowicz

Jeszcze jako dziecko, bodaj czy nie z końcem 1949 roku pierwszy raz zetknąłem się z mrożącym wówczas krew w żyłach określeniem Urząd Bezpieczeństwa, czyli po prostu UBP, lub jak potocznie szeptano „bezpieka”. Zatrzymano wówczas pana Bolesława Zielińskiego, bardzo dobrego znajomego mojego ojca, jednego z bardziej przez niego lubianych partnerów brydżowych. Pan Bolesław był  mocno już wiekowym panem, miał 72 lata,  i należał do osób ze wszech miar godnych szacunku. Urodzony 2 lutego 1877 r. w Szczawnem w powiecie sanockim, był doktorem praw  i dziennikarzem. Publikował w lwowskich „Przeglądzie” i „Kurierze”. W międzywojniu od 1 grudnia 1923 r. był prezydentem miasta Łucka – stolicy województwa wołyńskiego, a także zasłużonym na Wołyniu organizatorem polskiego teatru. W ostatnich latach przed wojną przebywając w Stanach Zjednoczonych prowadził tam teatralne zespoły polonijne.  Po wojnie osiedlił się w Ząbkowicach, mieszkał wraz z żoną dwoma córkami i wnuczką w pobliżu ulicy Żeromskiego. Zaczął pracować jako nauczyciel w Liceum i jednocześnie z pasją włączył się w życie kulturalne miasta. W 1946 r. przejął obowiązki kierownika literackiego i reżysera  w Teatrze Miejskim. Niestety w jakiś czas potem, gdy teatr podporządkowany został Powiatowej Radzie Narodowej zaprotestował przeciwko tej decyzji, podając się w dniu 7. XI. 1946 r. do dymisji. Powód naturalnie był inny, dr Zieliński nie chciał, by zgodnie z koncepcją „towarzyszy” z PPR, teatr stał się tubą propagandową komunistów. Za nim, wówczas z pracy w teatrze zrezygnowali: Zdzisław Klucznik – dyrektor sceniczny, Tadeusz Szurmiński – dyrektor administracyjny i Stanisław Pałetko – aktor. Z chwilą ich odejścia teatr wyraźnie obniżył loty i już niczym specjalnym się nie wyróżniał spośród wielu podobnych istniejących w niektórych śląskich miastach. Niewielu wie, że pan Bolesław Zieliński był również autorem poczytnych w latach 30-tych XX w. książek dla młodzieży. Ja sam posiadałem w swojej biblioteczce dwie – „Orlego Szpona” i „Wodną Lilię”(wznowione w 1991 r.). Miałem też okazję przeczytać pożyczony mi przez autora maszynopis ciekawego opracowania o północnoamerykańskich Indianach zatytułowany „Ostatni wigwam”. O ile wiem, nie ukazał się on nigdy drukiem, a maszynopis prawdopodobnie zaginął.

Pan Bolesław Zieliński (zdjęcie z 1926 r.)

Pana Bolesława aresztowano pod pretekstem gry w brydża na dolary, co było w owym czasie surowo zakazane, bowiem „wolny” obywatel PRL – u, nie miał prawa posiadać obcych środków płatniczych. Moim zdaniem chodziło w tym przypadku, przede wszystkim o zastraszenie i danie nauczki niepokornemu i inaczej myślącemu inteligentowi. Zwłaszcza, że reprezentował on sobą przedwojenną, wolną Polskę, a w dodatku miał żonę Amerykankę. Po kilku miesiącach schorowanego pana Bolesława  zwolniono z aresztu, który mieścił się w piwnicach budynku banku przy ul. Legnickiej 3 wówczas zajmowanego przez PUBP. Na twarzy pana Bolesława długo jeszcze widać było ślady ciężkiego, pożegnalnego pobicia. Pamiętam, że mówiono wtedy, iż zwolnienie zawdzięczać miał czyjejś interwencji u Bolesława Drobnera, którego miał znać z dawniejszych czasów. Poza tym był dla Urzędu Bezpieczeństwa bezużyteczny odmawiając jakiejkolwiek współpracy, skoro więc udało mu się przeżyć miesiące aresztu, to łaskawie go wypuszczono.

Wielokrotnie bywał w naszym domu pan Kazimierz Filipowicz „Kord” – nauczyciel, kapitan rezerwy WP. Po powrocie z kampanii wrześniowej w 1941 r. został zaprzysiężony przez Inspektora ZWZ – AK. W jesieni 1942 r. mianowany został na stanowisko Komendanta Obwodu AK powiatu lubomelskiego. Zorganizował wtedy placówki samoobrony w polskich wsiach przeciwko nacjonalistom ukraińskim z UPA. Kierował obroną poszczególnych wsi i walkami odwetowymi przeciwko UPA oraz wojskom niemieckim. W styczniu Oddział Partyzancki Korda został przemianowany na I Batalion 43 i podporządkowany 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej i dalej walczył z ukraińskimi i niemieckimi oddziałami. W dniach 25/26 sierpnia 1944 r. Wołyńska Dywizja na żądanie dowództwa wojsk sowieckich została podstępnie rozbrojona. W jesieni tego roku „Kord” został aresztowany przez NKWD i w trakcie, pożal się Boże „procesu” skazany na karę pozbawienie wolności. Odbywał ją kolejno na Zamku w Lublinie, w Rembertowie, Sieradzu i Koronowie.  W dniu 6. XII. 1946 r. został zwolniony z więzienia. Udał się na Dolny Śląsk i od 1. II. 1947 podjął pracę jako nauczyciel w Szkole Podstawowej nr 1 w Ząbkowicach Śl. Jednak już po roku przeniósł się do Pabianic, gdzie nadal pracował w szkolnictwie. W tym też czasie  ukończył przerwane przez wojnę studia. Zmarł jako wielce dla Pabianic zasłużony pedagog. Pochowano go na cmentarzu w tym mieście. To jeszcze jeden z polskich bohaterów, którzy po wojnie szukali schronienia w Ząbkowicach Śl. jednak na skutek ciągłych prześladowań przez PUBP nie znalazł w naszym mieście azylu. Jego przykład dobitnie ukazuje, jak represyjny był Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa wobec polskich patriotów. Pana Filipowicza mój ojciec bardzo cenił jako doskonałego nauczyciela i wielkiego patriotę.

Pan Kazimierz Filipowicz “Kord”

Jako mały chłopczyk miałem przyjemność poznać niezwykle sympatyczne małżeństwo Hunczków, które zamieszkiwało w Bardzie. Ojciec mój w czerwcu 1947 r. odwiedził dr Hunczka w celu konsultacji trapiącej go choroby. Wziął mnie wtedy ze sobą, chcąc mi przy okazji pokazać to idylliczne miasteczko i zrobić synkowi przyjemność kąpielą w Nysie. Z odwiedzin u państwa Hunczków szczególnie zapamiętałem to, że zostałem poczęstowany przez panią Katarzynę doskonałymi ciasteczkami i zimną wodą z sokiem porzeczkowym, a upał tego dnia był nieznośny. Minęło sporo lat, w Polsce upadła komuna. Któregoś dnia przeglądając książki mojego ojca natknąłem się na „Frankensteiner – Münsterberger Heimatkalender” z 1940 r. i tam na stronach 146 i 156, przeczytałem, że w miejscowości Wartha (Bardo) przy Adolf – Hitler – Strasse 127 (obecnie ul. Główna 47) mieszkał lekarz dr Hunczek, ordynował zaś w „St. Elisabeth = Krankenhaus”. Jest tam też odręczny dopisek mojego ojca: „Dr Hunczek został zamordowany w nocy przez bandytów z UB/950”. Od wydania owego Heimatkalendera minęło dziesięć lat, skończyła się II wojna światowa, Śląsk został przyłączony do Polski i życie zdawało się biec naturalnym rytmem. Po przeczytaniu przypomniałem sobie ową wizytę sprzed wielu lat. Rozpocząłem prywatne śledztwo.

Państwo Franz i Kathärina Hunczkowie z Barda

Mordu dokonano z inspiracji ząbkowickiej ekspozytury Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w dniu 14 kwietnia 1950 r. Niewielka społeczność tej małej miejscowości, a szczególnie jej starsza część doskonale pamięta tę sprawę i dużo wie na ten temat. Nieźle zorientowani są też niektórzy członkowie wspólnot zakonnych mających swoje domy w Bardzie. Dokonany na małżeństwie Hunczków mord miał charakter polityczny, a jego celem było wyeliminowanie niewygodnych, cieszących się dużym autorytetem członków lokalnej społeczności. Słynący z altruizmu i empatii doktor Hunczek był osobą wielce szanowaną, ubogich leczył za darmo, a chorym poświęcał cały swój czas ze szkodą dla własnej rodziny. Tak więc, zgodnie z metodami stosowanymi przez UBP, pozbyto się, przy okazji jeszcze rabując, przedstawicieli autochtonicznej ludności. Kto wie czy jednym z powodów ich śmierci nie była przynależność etniczna, gdyż to górnośląsko – niemieckie małżeństwo postrzegane było przez ówczesne władze jako obce i niepotrzebne w nowej rzeczywistości przejętych ziem. Sympatie propolskie i dobre serce nie uratowały popularnego lekarza. Dodać należy, że pierwsza żona doktora – Maria z domu Januszowska (1907 – 1935), matka Wernera, była pochodzenia polskiego. Zabójstwa, bandyci udający chorych, dokonali w gabinecie willi, gdzie doktor przyjmował pacjentów. Małżeństwo mieszkało tam razem z czwórką nieletnich dzieci: córeczkami Barbarą  i Ursulą oraz synkami Wernerem i Dietrichem. Dziećmi po tragedii początkowo zajęły się miejscowe zakonnice, potem zamieszkały u cioci na Górnym Śląsku. W styczniu 1958 r. cała czwórka wyemigrowała do Niemiec. Dzieci Katarzyny i Franciszka Hunczków, mimo że minęło już tyle czasu, bez przerwy zadawały sobie pytanie – „Dlaczego?”. Z najstarszym synem dr Hunczka – Wernerem, po 2003 r. korespondowałem aż do jego tajemniczej śmierci we Wrocławiu w 2005 r. Mieliśmy się spotkać  po 56 latach, lecz los pokrzyżował nasze plany. Od czasu do czasu koresponduję i spotykam się z Barbarą Villette – córką Hunczków, która mieszka niedaleko Paryża. W dniu 31. VII. 2002 r. zwróciłem się do Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, Oddział IPN. we Wrocławiu z prośbą o przeprowadzenie dochodzenia w sprawie zabójstwa małżeństwa Hunczków z Barda i o moralne zadośćuczynienie dla żyjących członków ich rodziny. Śledztwo zostało podjęte, lecz w dniu 15.VI.2003 r. umorzono je „wobec niewykrycia sprawców przestępstwa”. Od lat odwiedzam grobowiec Hunczków, palę znicze i rozmyślam o koszmarze owej kwietniowej nocy, o ludzkiej bezwzględności i o pamięci.

Państwo Barbara Viette-Jacques z domu Hunczek i Dietrich Hunczek przy grobie swoich zamordowanych rodziców (cmentarz w Bardzie)

Następne wspomnienie o tej przerażającej, terrorystycznej instytucji utrwaliło się raz na zawsze w mojej świadomości, w związku z zatrzymaniem przez bezpiekę mojego Ojca. Był to piękny majowy dzień 1950 r., ulica Wrocławska tonęła w zieleni, bzy kwitły jak oszalałe. Wracałem z moją niewidomą Mamą z kościółka ojców Bonifratrów, gdzie poszliśmy zanieść bukiet kwiatów z naszego ogrodu. Wtem, niespodziewanie podszedł do nas nasz bliski znajomy, przyjaciel i bliski sąsiad pan Edward Kuczkowski – mąż niezwykle lubianej przez młodzież pani Heleny – polonistki z ząbkowickiego liceum. Zwracając się do mojej Mamy, powiedział nieoczekiwanie przyciszonym głosem – „Pani Ziuto proszę wstąpić do nas, żona ma pani coś do zakomunikowania”. Państwo Kuczkowscy w mieszkaniu, z wielką ostrożnością i delikatnością poinformowali Mamę o zatrzymaniu męża i ze swojej strony zadeklarowali wszelką konieczną pomoc. Nie obyło się bez łez i słów współczucia, zwłaszcza że niewidoma kobieta z ośmioletnim synkiem, pozbawieni opieki pozostawali dosyć bezradni. Popłakałem się i ja, choć wtedy z tej sytuacji niewiele zrozumiałem, poza tym, że Tatuś na noc nie wróci, ale to też był wystarczający powód. Pan Kuczkowski zaoferował się pójść z Mamą następnego dnia do siedziby PUBP w celu uzyskania jakichś informacji.

Józefa Budzyn Nowakowa – moja mama i Stanisław Nowak – mój tato

W domu zastaliśmy drzwi wejściowe zamknięte i zaplombowane. Ubecy szczęściem nie wiedzieli, że do mieszkania jest drugie wejście przez werandę od strony ogrodu. Tamtędy też dostaliśmy się do środka. Pomieszczenia przedstawiały pożałowania godny widok. Szuflady w meblach zostały wybebeszone, wszystkie książki z biblioteki leżały w stosach na podłodze, tak samo papiery i dokumentacja naukowa Ojca. Wiele cenniejszych przedmiotów bezpowrotnie przepadło.

Stanisław Nowak „Dembrza” – mój tato

W tym miejscu winien jestem kilka słów na temat mojego Taty – Stanisława Nowaka. Otóż ukończył on polonistykę na Lwowskim Uniwersytecie im Jana Kazimierza. Języka polskiego uczył w gimnazjach i liceach we Lwowie, Borysławiu,  Przemyślu i Zakliczynie nad Dunajcem. W obronie ojczyzny walczył przeciwko inwazji armii sowieckiej na Polskę w 1920 r. W czasie okupacji niemieckiej jako żołnierz Batalionów Chłopskich i potem Armii Krajowej czynnie uczestniczył w ruchu oporu, nosił pseudonim „Dembrza”. Nadmierne zainteresowanie jego osobą przez miejscowy Urząd Bezpieczeństwa wzięło się stąd, że kilkukrotnie spotkał się z księdzem Tomaszem Sapetą spowiednikiem sióstr Marianek z Barda. Z księdzem, podczas jednej z wycieczek samochodowych po okolicy, zapoznał go pan Józef Dąbrowski, ówczesny dyrektor szkoły w której uczył. Ksiądz Sapeta znany był z bezkompromisowych opinii o władzy ludowej i jej przedstawicielach, był zdecydowanym antykomunistą i zdeklarowanym wrogiem Sowietów. Gdy ksiądz dowiedział się, że Tato przed wojną uczył w Przemyślu, gdzie sam kończył seminarium duchowne, zapałał do niego szczerą sympatią. Chętnie razem gawędzili i politykowali. Wprawdzie ich poglądy na przyszłość nieco się różniły, ale w pełni zgadzali się z opinią, że „ówczesny rząd był bandą szumowin, zdrajców i zbirów”. Interwencja mojej Mamy w PUBP nie dała nic, poza informacją że Ojciec został istotnie  zatrzymany przez ich funkcjonariuszy i tymczasowo przebywa w areszcie. Mijały dni, nagle, po tygodniu Ojciec pojawił się w domu. Był wymizerowany i mocno przygnębiony. Okazało się, że przez kilka dni był przetrzymywany w zbiorowej celi, wraz z innymi nieszczęśliwcami, z których kilku nosiło na twarzach i ciałach ślady brutalnych przesłuchań. W końcu i jego wezwano na przepytywankę, przesłuchanie prowadził jakiś kurduplowaty, jąkający się ubek z Wrocławia. Przede wszystkim pytał, skąd zna księdza Sapetę i co ich łączy. Ojciec odpowiedział, że księdza poznał jeszcze przed wojną w Przemyślu, i że łączą ich zainteresowania historyczne. Na to usłyszał, że towarzysze z UBP domyślają się jakie są te zainteresowania, i że on jako nauczyciel powinien być ostrożniejszy w doborze znajomych, a poza tym, że oni niczego nie zapominają i będą mu się bacznie przyglądać. Obecnie zostaje zwolniony, ale powinien mieć się na baczności. Ojciec długo nie mógł odreagować tej traumatycznej przygody, po której raz na zawsze pozostało poczucie obrzydzenia i braku nadziei. W jakiś czas potem dowiedział się, że przesłuchiwał go porucznik Jerzy Felczer z pochodzenia Żyd – oficer śledczy WUBP we Wrocławiu. Ten nowy etap życia nie rokował optymistycznie na przyszłość. 73-letniego księdza Sapetę UBP aresztował 10 marca 1949 r.  W czasie śledztwa był nieludzko katowany, wybito mu wszystkie zęby. Pod fałszywymi zarzutami skazany został na dwa lata więzienia, ale oprawcy postarali się oto, by już po kilku miesiącach zmarł w zakładzie karnym na Kleczkowskiej we Wrocławiu. Ciało księdza Tomasza 1 marca 1950 r. zostało pochowane w bezimiennym grobie na Cmentarzu Osobowickim. Prawdziwym powodem aresztowania księdza Sapety była jego działalność związana z obroną domu zakonnego sióstr Marianek w Bardzie.

Ksiądz Tomasz Sapeta

Ząbkowicki Urząd Bezpieczeństwa podobnie jak Franciszka Hunczka, o którym napisałem wcześniej, pozbył się w sierpniu innego przedstawiciela lekarskiego zawodu. Dr med. Michał Roznatowski zastrzelony został w dniu 14.VIII.1951 r. z okna siedziby bezpieki. Dr Roznatowski osierocił żonę  i maleńką trzyletnią córeczkę. Dr Michał Roznatowski na swoje nieszczęście powrócił z Zachodu do Polski, w Ząbkowicach spotkała go śmierć. Swoją żonę poznał w obozie, gdzie została wywieziona po Powstaniu Warszawskim. Do obozu  trafiła po pobycie w Oświęcimiu i w Ravensbrück.

Państwo Michał i Halina Roznatowscy

Służba Bezpieczeństwa długo jeszcze prześladowała wdowę po nim, uniemożliwiając jej normalne życie. Doktora dobrze znał mój Ojciec, ja też go zapamiętałem, wiadomość o jego śmierci dogłębnie wstrząsnęła naszą rodziną. Po wielu latach, gdy już jako kierownik antykwariatu „Desy” przyjmowałem od klientki przedmiot do sprzedania, poprosiłem ją o dowód osobisty celem spisania danych osobowych. Spojrzałem na niego i od razu uderzyło mnie w oczy nazwisko „Roznatowska”. Spytałem starszą, dystyngowaną panią, czy przed laty nie zamieszkiwała w Ząbkowicach Śl. Okazało się, że była to właśnie żona zamordowanego lekarza. Niezwykle sympatyczna pani opowiedziała mi o dalszych kolejach swojego życia. Dowiedziałem się, że ma córkę Annę, która jest lekarzem i mieszka we Wrocławiu. Minęło jeszcze kilka lat i doszła mnie wiadomość, że pani Anna dr nauk medycznych jest pediatrą i neurologiem. 31 lipca 2002 r. wystąpiłem do Okręgowej Komisji ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu Oddział IPN we Wrocławiu z wnioskiem o przeprowadzenie dochodzenia w sprawie mordu dokonanego na dr Michale Roznatowskim. Śledztwo zostało umorzone 8 lipca 2003 r., wobec „powagi rzeczy osądzonej”.

Pan Michał Roznatowski

W ząbkowickim liceum w dziesiątej klasie poznałem Jerzyka Kozika, zaprzyjaźniliśmy się, był to sympatyczny chłopiec, mieszkał z mamą nieopodal gazowni. Kiedyś będąc  u niego w mieszkaniu, spotkałem dotąd niewidzianego pana. Okazało się że jest to jego ojciec, który dopiero co powrócił z „zaprzyjaźnionego” z PERELEM, ZSRR. Pan ten o imieniu Jan na nasz widok serdecznie się uśmiechnął i zaczął wypytywać o nasze szkolne i pozaszkolne sprawy. Przede wszystkim pytał czy uprawiamy jakiś sport. Gdy odpowiedziałem, że tak, uśmiechnął się i powiedział – mężczyzna musi być wysportowany i sprawny fizycznie, żeby mógł obronić siebie i swoich bliskich przed złymi ludźmi, a ojczyznę przed wrogimi zakusami. Dlatego też rozwijajcie w sobie tężyznę fizyczną, Poza tym sport daje radość, ale o tym już pewnie sami wiecie. Pan Jan wtedy wyglądał nieszczególnie, był mocno wychudzony i wymizerowany. Nie miał zupełnie zębów i wcale nie wyglądał na uprawiającego jakieś sporty. Gdy zostaliśmy sami zwierzyłem się ze swoich wątpliwości Jerzykowi. Ten z miejsca zaperzył się i podekscytowany wyrzucił: – Bo ty nie wiesz, że mój tato przed wojną był znanym sportowcem. Ano bo i skądże miałbyś wiedzieć. Opowiem ci o nim i Jurek zaczął niezwykle poważną i wyważoną opowieść. Widzisz Leszku, mój tato, choć teraz na to nie wygląda, już od najmłodszych lat zdradzał wybitne uzdolnienia sportowe, szczególnie  w biathlonie, chodził  do szkółki narciarskiej Marusarza, gdzie nauczył się skakać na nartach, zjazdów, slalomów i biegów. Wraz z pełnoletniością otrzymał certyfikat instruktora narciarskiego. Przełom w jego życiu nastąpił wraz z otrzymaniem w 1926 r., powołania do odbycia służby wojskowej w 4 Pułku Strzelców Podhalańskich w Cieszynie. Utalentowany i głęboko patriotyczny otrzymał skierowanie do szkoły podoficerskiej i ukończył ją w 1927 r. z I lokatą jako kapral. W tym samym czasie osiągnął pierwsze sukcesy sportowe w zimie jako narciarz, ale brylował też w letnich wielobojach zajmując czołowe miejsca. następnie został odkomenderowany do rocznej Szkoły Wysokogórskiej w Zakopanem, którą ukończył w 1930 r., również z I lokatą, w tym też roku awansował do stopnia plutonowego. W latach 1931 – 32 odbył dwuletnie studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. Od 1935 r. studiował w Szkole Oficerów Piechoty w Bydgoszczy, którą ukończył w 1937 r. w stopniu podporucznika. Równolegle trenował ekipę biathlonową na Zimową Olimpiadę w Garmisch – Partenkirchen w Niemczech. Czy trzeba więcej? Przeprosiłem za swoje wątpliwości: – Widzisz Jurku zmylił mnie jego wygląd. Po prostu nie wygląda na sportowca. Możesz się nie dziwić, tato przeszedł swoje. Opowiem ci o jego dalszych losach.

Jan Kozik – kawaler Orderu Virtuti Militari

Przed samym wybuchem wojny tato,  otrzymał skierowanie do 6 Pułku Strzelców Podhalańskich  w Samborze. W Kampanii Wrześniowej został ciężko ranny. Gdy już jako tako doszedł do siebie, przekroczył sowiecko – niemiecką strefę demarkacyjną, a stamtąd bez powodzenia starał się przejść do Rumunii. Zagrożony aresztowaniem przez NKWD uciekł do Lwowa. Z początkiem 1940 r. przystąpił do Związku Walki Zbrojnej, przybierając pseudonimy  konspiracyjne: „Zdzisław”, „Karski” i „Walek”. Po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej i zajęciu Lwowa przez III Rzeszę w pierwszej dekadzie 1942 r. tato  objął rozkazem dowództwa AK, Komendę Dzielnicy Zachód i otrzymał awans na kapitana służby stałej. Z właściwą sobie energią włączył się w wir prac organizacyjnych. Od lutego 1943 r., kiedy to armia niemiecka poniosła klęskę pod Stalingradem, zaczął zdawać sobie sprawę, że „wyzwolicielami” Kresów będą bolszewicy. Dla niego akcja „Burza” rozpoczęła się w lipcu 1944 r. Zgodnie z ustaleniami, jego zgrupowanie zaatakowało Niemców 25 lipca. Po dwóch dniach Lwów został już uwolniony przez wojska sowieckie i oddziały AK. W tym samym dniu generał Filipkowski odznaczył tatę orderem Virtutti Militari.

Niestety w ślad za Armią Czerwoną do miasta wkroczyło NKWD i podstępnie, łamiąc umowy i obietnice, niemal z marszu zaczęło aresztować żołnierzy AK. Tato ukrył się więc i włączył do konspiracji, tym razem jako oficer supertajnej organizacji „Nie”(Niepodległość). Niestety już wkrótce 18 lutego 1945 r., na skutek donosu, został aresztowany przez NKWD i skazany na 10 lat katorgi. W efekcie trafił etapem przez Krasnojarsk do Norylska. Dopiero po śmierci Stalina, tatę objęła „amnestia”. W jej wyniku 9 stycznia 1954 r. przekazano go na stacji Brześć pełnomocnikowi władz polskich. Od razu został zatrzymany przez żołnierzy KBW i funkcjonariuszy UBP. W areszcie ojca intensywnie przesłuchiwano i zastraszano. Przesłuchujący tatę major UBP kategorycznie stwierdził – „Będziesz wisiał, masz krawat jak amen w pacierzu !”. Wreszcie po obowiązkowym upokorzeniu i pozbawieniu jakichkolwiek złudzeń, 19 stycznia zwolniono go do domu. Tak bohatera przywitała wytęskniona Ojczyzna, niestety teraz „ludowa”. Swój obecny wygląd tato zawdzięcza nieludzkiej pracy w łagrze i wykwintnym posiłkom, które tam serwowano.

Jerzy Kozik i Leszek A. Nowak

Opowieść Jerzego nie zaskoczyła mnie, to i owo już wiedziałem o naszym odwiecznym wrogu. Zdziwiła mnie tylko jego szczerość, ale jak widać ufał mi. Potem już sam mogłem obserwować zmagania pana Jana z ówczesnym ustrojem. Dalsze życie przebiegało mu pod stałym nadzorem PUBP, codziennie musiał się zgłaszać w siedzibie urzędu. Mowy nie było by uzyskał stałą pracę. Kolejno próbował w NBP,  w REDP, by w końcu, dzięki pomocy życzliwego mu inżyniera Jerzego Tołłoczki, dostać posadę w Klubie Sportowym „Budowlani”, gdzie pracował do 31 marca 1957 r. Stopniowo pogarszający się stan jego zdrowia nie pozwalał na wyczerpujące i aktywne życie zawodowe. Wraz z teściową podjął spokojniejszą pracę  w kiosku „Ruchu” w Bardzie. Niewiele to pomogło, jego zdrowie psuło się coraz bardziej. W końcu wystąpił  z wnioskiem o zaopatrzenie rentowe, decyzja jednak była odmowna, z uzasadnieniem, że „Jan Kozik nie przepracował co najmniej 5 lat w PRL”. Sterany życiem  i walką bohater zmarł 7 grudnia 1958 r. Na jego pogrzebie nie było przemówień i salw honorowych żegnających niezłomnego żołnierza i sportowca. Wraz z żoną pochowani są na cmentarzu w Ząbkowicach Śląskich. Ja do dnia dzisiejszego od czasu do czasu spotykam się z Jerzykiem i sporadycznie pisujemy do siebie.

Leszek A. Nowak (dzięki uprzejmości "Wiadomości Powiatowych")