W subiektywnej prasówce – w każdy  poniedziałek rano – dostarczamy Państwu fragmenty artykułów związanych z terenem Powiatu Ząbkowickiego, jakie ukazały się w minionych kilku dniach w gazetach i portalach internetowych. Od niedawna na zakończenie „prasówki” dodajemy informacje spoza powiatu, która mogą zainspirować do podobnych działań na naszym terenie.

Sporty Walki.org.pl (pod datami 08.11.2016) zamieszczają wywiad z Wojciechem Żmiją – wywodzącym się z Ząbkowic Śląskich oficerem policji osiągającym wielkie sukcesy w zawodach sportowych (FOTO-ikona – Wojciech Żmija Facebook).

Wojciech Żmija to wciąż młody duchem zawodnik karate kyokushin. Udało nam się zamienić kilka słów z przebywającym w Tajlandii zawodnikiem, który wygrał swoja kategorię podczas transmitowanych przez nas zawodów w Lublinie. Wojciech nie owija w bawełnę i dlatego wyszedł nam bardzo ciekawy wywiad, z resztą sprawdźcie sami. Panie Wojtku gratuluję sukcesu na ME Karate. Pytanie jak ocenia Pan poziom swoich walk i swojej kategorii wagowej? Jest Pan zadowolony ze swojej formy? Witam czytelników serwisu sporty-walki.org i dziękuję za gratulacje. W półfinale pokonałem mistrza Europy Open 2015 Rafała Kubickiego z ubiegłorocznej edycji turnieju, który wyeliminował obecnego mistrza Rosji, a w finale pokonałem tegorocznego mistrza z Wagowych Mistrzostw Europy 2016 Andrzeja Ogonowskiego. Obydwaj to wielkie i silne chłopy ze Śląska – naprawdę godni przeciwnicy. Na zawodach zabrakło Rudolfa Conquet z Holandii ale każdy z nas już go pokonał, chociaż to jeden z najlepszych seniorów na świecie i bardzo niebezpieczny i silny zawodnik. Z formy na zawodach byłem bardzo zadowolony ale to raczej zasługa pracy mojego trenera- trenera kadry narodowej jednocześnie – Sylwestra Sypienia- legendy polskiego Kyokushin , a w szczególności 3 miesięcy jego pracy ze mną podczas indywidualnych treningów. Ważna też była duża liczba sparingów w klubie z rasowymi zawodnikami, bo jak się nie przyłożysz albo zlekceważysz młode wilki to dostaniesz po prostu ciężki łomot. Nigdy też nie trenowałem do zawodów mniej niż dwa razy dziennie oraz jeździłem na dwa przedstarty na przetarcie. Nieodzowny tez był trening siłowy prowadzony przez kolegów ze służby: “małego” i chłopaków z pododdziału którzy tez chodzili ze mną na matę, na tarcze oraz Bartka Bolechowskiego i Marcina Kila z Centrum Kettlebell Polska Iron Church w Zielonej Górze. Na formę duży wpływ oprócz ciężkiej pracy miała tez „czysta głowa” zapewniona przez najbliższych którzy mocno mnie wspierali zapewniając super atmosferę w domu – wszystko podporządkowując moim treningom i startom. Żona bardzo dbała mi o dietę suplementację i odnowę. Trenując cały czas do dwóch tygodni przed zawodami wykonywałem też normalnie obowiązki służbowe ale dzięki bezpośredniemu przełożonemu, jego wsparciu i dobrej woli mogłem trenować i pracować bez przerywania cyklu treningów. Jest Pan prawdziwym weteranem polskich i europejskich mat. Jak jest Pan odbierany zwłaszcza przez młodych zawodników? Podziwiają, czy raczej pukają się w głowę? I dlatego biję się w kategorii weteranów – tak na tą kategorię mówią Rosjanie, na świecie senior master, a nie jak w Polsce oldboy. Stary chłopiec… jakieś takie dziwne. Chociaż w zeszłym roku zostałem vice mistrzem Polski Open w normalnej kategorii, tak wiec nie jest ze mną jeszcze tak źle, a także wystartowałem w olimpiadzie karate Mistrzostwach Świata Open 2016 – rozgrywanych raz na 4 lata największych zawodach kyokushin w Tokyo. 300 wybranych z całego świata zawodników przez 3 dni bije się w full contakt karate kyokushin i wygrywa tylko jeden, bez podziału na kategorie wagowe i inne. Dotarłem do drugiej rundy gdzie 20 lat młodszy Rosjanin dał mi piekielne lanie. Ale nie przegrałem przed czasem i był to taki ważny akcent dla mnie w karateckiej karierze. Jak mnie odbierają młodsi karatecy nie wiem ale na pewno mnie znają, bo wszędzie się biję, myślę ze mam najwięcej startów w zawodach ze wszystkich seniorów w Polsce, bo zazwyczaj zawodnicy wybierają sobie zawody, a ja startuje we wszystkich ważnych w kraju i zagranicą. Miałem lata, że biłem się w sezonie na kilku turniejach w miesiącu. Czy podziwiają nie wiem, ciężko mi to ocenić. Ubolewam tylko nad tym ze mało znani są Ci którzy już nie walczą tak jak ja, a byli wielkimi wojownikami polskiego kyokushin. To chyba jednak zmora obecnego pokolenia nie tylko karateków ale ogólnie młodzieży, nie mają wzorców i autorytetów. Masowa popkultura pochłania naszą młodzież, nie ma harcerstwa, sks-ów, wf w szkole, a sporty walki to ciężki kawałek chleba. Gdyby teraz treningi przebiegały jak ja zaczynałem to żaden klub by się nie utrzymał bo nie było  by chętnych. Co do kategorii to pamiętam czasy, że starsi panowie bili się w czasie jak seniorzy i bez ochraniaczy. W Polsce kategorie są okrojone, a od niedawna są wagi. Na świecie w Japonii na MŚ weteranów są trzy kategorie. Wagowe i trzy wiekowe oraz trzy wiekowe bez podziału na wagę dla seniorów tzw. mistrzów . Poziom jest bardzo wysoki i nie można powiedzieć, że takie zawody to spacerek. Chciałbym zapytać Pana o początki z karate. Przygoda trwa już długo, ale skąd inspiracja do tego? Czy wcześniej uprawiał Pan jakieś inne sporty? Jestem stały w uczuciach, jedna żona, jedno dziecko, jedna praca i jedno karate. Nie uprawiałem żadnej innej dyscypliny sportu. Gdy ukończyłem 14 lat zacząłem trenować karate ale myślałem o nim wcześniej, tylko w moim mieście Ząbkowicach Śląskich nie było klubu. Dopiero gdy Witek Stolarczyk z grupą przyjaciół mając zielony pas założył klub od razu zacząłem trenować. Witek dzisiaj to sihan 5Dan KWF Kyokushin był moim pierwszym nauczycielem, nie trenerem, nauczycielem , wzorem tytana pracy nad sobą pod każdym względem: sportowym, rodzinnym i zawodowym. Z nim odnosiłem pierwsze sukcesy, na Dolnym Śląsku na regionie pokonałem nawet takiego tuza karate jak Sylwester Sypień. Od 1995 roku do 1999 studiowałem w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie gdzie pod okiem trenera Jarosława Klimczaka zdobyłem tytuł Mistrza Polski juniorów, seniorów i wygrałem Puchar  Polski oraz wiele turniejów zagranicznych. Obecnie trenuję w klubie Agnieszki i Sylwestra Sypień we Wrocławiu, pod okiem których wygrałem wszystko możliwe do wygrania w kategorii Masters poza Mistrzostwem Świata ale w tych zawodach mastersów jeszcze nie startowałem. 27 lat trenuję karate z przerwą w startach od 99 do 2012 ze względu na służbę i jej specyfikę ale cały czas trenując. W 99 ostatni raz wygrałem Dolny Śląsk ostatnie zawody, a w 2013 zostałem Mistrzem Polski Open senior master i do dziś wygrałem prawie wszystkie zawody w których startowałem,  poza jednym pucharem Polski gdzie zająłem drugie miejsce za dyskwalifikację, Mistrzostwami Europy Open 2014 drugie miejsce  i Mistrzostwami Europy Wagowymi 2016 trzecie miejsce. Wywodzi się Pan z czasów, gdy karatecy stworzyli PZKB. Startował Pan może w kicku? Nie kusiło? Kusiło szczególnie jak trenowałem w Szczytnie, chodziłem na treningi boksu do Zenka Jagiełło i mojego trenera Jarka Klimczaka który był tez trenerem boksu. Nawet jak chodziłem na walki w kick boksie i widziałem ich poziom to mówiłem, że bym ich pozamiatał ale trener mi nie pozwolił. Był to bardzo duży brak pokory którego teraz się wstydzę. Różnice w walce z rękoma na głowę pokazał mi Janek Sokup – czeski Vice Mistrz Świata Open w Kyokushin podczas treningu K1. Przeżyłem szok. Szacun dla chłopaków, bije się całe życie w full kontakcie ale karate i kick to dwie rożne bajki nie można tego przełożyć i porównać, dwie drogi konkretnej walki ale bardzo rożne. Wracając do Pana czasów, to jak Pan zaczynał to Polsat Sport pokazywał chociażby full-contact. Teraz zawodnicy mają lepiej według Pana? Są lepsze możliwości? Proszę o odpowiedź, jeśli ma Pan czas między służbami śledzić zawodową scenę sportów walki w Polsce? Powiem o naszym karate. Zawody zazwyczaj organizowane są w małych miejscowościach, bo duże miasta i duże hale są drogie, a my nie mamy sponsorów, nie ma TV, a na trybunach rodzina i znajomi właściwie pusta sala. Dramat, zero promocji karate, sportu i ciężko harujących gladiatorów. Organizator albo nie ma mocy przebicia, nie ma środków albo za dużo chce zarobić. Dla mnie zawody karate są tylko w Japonii. Przeżyłem to na własnej skórze: mata na podwyższeniu, TV już nawet na lotnisku robi wywiady z zawodnikami za darmo  nie jak w Polsce gdzie regionalna robi relacje z zawodów za 15 tysięcy. Sala Metropolitan Gimnazjum pełna ludzie nawet siedzą w przejściach a bilety, płatne nie jak w Polsce, a za darmo. Zawodnicy u nas dostają puchar za 20 zł i dyplom za 3 zł. Czasami pomylą nazwisko, na maści i zamrażacz  stracisz po walkach 10 razy tyle. Nie mówiąc już o tym, że startują w Polsce jako Polak musisz sobie sam opłacić startowe 60 euro plus hotel  i dojazd. Zawody też nie ubezpieczone, sam musisz za wszystko płacić – koszmar. Wywodzi się Pan ze sportu, gdzie szacunek do zawodnika to podstawa. Dzisiejszym fighterom, którzy walczą zawodowo na dużej scenie, zdarza się o tym zapominać. Jaki Pan ma pogląd na rzeczy typu trash talk i wyzywanie się przed walką jak gwiazdy MMA: bracia Diaz, McGregor czy boksu: Chisora itp? Ja może trochę inaczej, wbrew stereotypom, białe kimona owszem ale walka to walka. Żeby się naprawdę bić to trzeba być chuliganem. Zawsze mówiłem porównując do swoje pracy i broniąc podwładnych, że z ministrantów to antyterrorystów nie zrobimy. Akceptuje przemoc w każdej postaci ale na macie, bez taryfy ulgowej, po szacunek dla przeciwnika przegranego a tym bardziej dla wygranego. Co do show to oczywiście dla potrzeby mediów chłopaki z federacji MMA musza się obrzucać ale jak już mówiłem u nas nie ma mediów i nie ma sztucznej wojny, bo dla kogo ją toczyć. U nas jest inna rywalizacja, cały świat przeciw Japonii, i Rosja przeciwko wszystkim. I jednym i drugim nie można nic zarzucić, są świetni.

TVP3 Wrocław (pod datą 06.12.2016) udostępniła wywiad z z Pawłem Gancarzem – wójtem Stoszowic, jako prezesem wojewódzkim Polskiego Stronnictwa Ludowego. Kliknij TUTAJ lub na poniższy obrazek, aby obejrzeć program.

Ma raptem 31 lat i chce napisać nową historię dolnośląskiego Polskiego Stronnictwa Ludowego. Czy dla tej partii jest jeszcze miejsce na polskiej scenie politycznej?

Express-miejski.pl (pod datą 08.12.2016) zamieszcza opinie czytelników dotyczące jednej z inwestycji drogowych Gminy Ząbkowice Śląskie.

Czytelnicy i mieszkańcy domagają się wprowadzenia ograniczenia dla pojazdów ciężarowych na wyremontowanej ulicy Żeromskiego w Ząbkowicach Śląskich. Otrzymaliśmy zapytanie od jednego z mieszkańców Ząbkowic Śląskich w sprawie ruchu ciężarówek przez nowo wyremontowaną ulicę Stefana Żeromskiego w Ząbkowicach Śląskich. Czytelnik pyta, dlaczego nie zostało wprowadzone ograniczenie dla tych pojazdów i dlaczego nie dba się o najnowszą inwestycję drogową na terenie miasta. Ze stanowiska uzyskanego z ząbkowickiego magistratu wynika, że ulica Żeromskiego jest w ciągu drogi wojewódzkiej nr 385 i jej konstrukcja dostosowana jest do samochodów ciężarowych i jako droga wojewódzka nie może mieć zakazu dla ciężkich pojazdów. – Przygotowane są niezbędne dokumenty ze strony gminy o przejęcie całej drogi nr 385 na terenie miasta w 2017 roku i wtedy będzie możliwość wprowadzenia zakazu dla samochodów powyżej 3,5 ton już na drodze gminnej. Kilkakrotnie w ubiegłych latach gmina występowała o ograniczenie tonażu jednak województwo nie wyrażało zgody – tłumaczy Stanisław Moderski z ząbkowickiego magistratu.

Doba.pl (pod datą 06.12.2016) informuje o zakończeniu przez Powiat Ząbkowicki modernizacji jednej z dróg powiatowych publikując list czytelnika.

Jestem mieszkańcem Dzbanowa, temat dotyczy remontowanej drogi Przyłęk – Ożary. Asfalt już jest położony, wydawałoby się że już można spokojnie jeździć. Ale utrudnienia mamy dalej, prace związane z pogłębianiem, dosłownym i wykładaniem rowów kamieniami. Na odcinku drogi Przyłęk-Dzbanów poustawiają się tak sprzętem po prawej i lewej że trzeba jeździć slalomem, Horror. Wracając do wykładania rowów kamieniem (brukiem, granitem) komu to potrzebne jakie to koszty i ta głębokość tych rowów. Jak tłumaczy dyrektor Zarządu Dróg Powiatowych, Antoni Drożdż, jest to zadanie robione zgodnie z projektem i pozwoleniem na budowę, które zostało wydane 5 lat temu. Rowy wykłada się kostką kamienną, żeby sprawnie i szybko odprowadzane były wody opadowe z korony drogi. Rów zgodnie z projektem może być głęboki od 50 cm do 3 metrów. – Być może rowy wydawały się bardzo głębokie w momencie kopania, ale gdy na podbudowie dna zostanie wyłożona kostka, nie będzie takiego wrażenia. Takie same rowy, o tej samej głębokości, są również na przykład na drodze krajowej nr 8 i w innych miejscach. Chciałbym zwrócić uwagę, że wzdłuż tej drogi jest 3 kilometry rowów, a formatki kamienne są wyściełane na 500 metrach długości, także nie są one wszędzie. Jeśli idzie o bezpieczeństwo, gdyby się okazało, że jest to konieczne, to istnieje możliwość zamontowania na pewnych odcinkach z jednej i z drugiej strony  barier ochronnych – mówi dyrektor ZDP.

Wiadomości Powiatowe (nr 48/2016) poruszają narastący problem zniszczeń w uprawach rolników na terenie Gminy Stoszowice.

Zryte przez dziki łąki, zdeptane uprawy, wyjedzone zboże, zniszczone buraki i ziemniaki. A wszystko przez dzikie zwierzęta, których populacja, zdaniem rolników, nadmiernie rozrosła się w ostatnich latach. – Zboże nawet jeszcze nie wzejdzie, a już jest zdeptane – mówi mieszkaniec Żdanowa – dziki i jelenie spasają i wyrywają rośliny z korzeniami. Żadna firma ubezpieczeniowa nie chce ubezpieczyć upraw od szkód wyrządzonych przez dzikie zwierzęta. Kiedyś poszedłem wypędzić zwierzynę z rzepaku. Mogło tam być około stu sztuk jeleni razem z łaniami. Ile takie duże stado wypasło przez noc? A dwa razy tyle wydeptało. Na terenach górskich jest coraz więcej muflonów. Jest taki przepis, że za szkody wyrządzone przez muflony Koło Łowieckie nie płaci odszkodowania – mówi pan Czesak. Dzikie świnie upodobały sobie okoliczne łąki, które dokładnie zryły i kompletnie zniszczyły rosnące tam trawy. Taka łąka nie nadaje się już do koszenia. (…) Gospodarz ma ponad 200 owiec, które zimą dokarmia sianem i kiszonką z liści buraków. Ale uprawy buraków również zostały zniszczone. Tym razem przez łanie i jelenie, których ślady są dobrze widoczne pomiędzy resztkami pogryzionych roślin. Zdaniem gospodarza myśliwi twierdzą, że pilnują upraw, ale najwięcej szkód jest właśnie pod myśliwską amboną. Na 160 ton zakontraktowanych buraków, nie wiem czy będzie z tego 30 lub 40 ton – mówi właściciel pola. Jeżeli nie ma liści z buraków, to nie ma też w zimie paszy dla zwierząt. Żeby kupić paszę dla owiec trzeba wydać ponad 8 tysięcy złotych, a kto wie czy cukrownia nie naliczy kar za nie wywiązanie się z kontraktu. Podobna sytuacja jest w innych pobliskich wioskach. – Kto nie elektrycznego pastucha, nie ma też ziemniaków na zimę – mówią rolnicy. (…) Zdaniem rolników kwoty naliczane przez Koło w ramach odszkodowań są śmiesznie niskie. Panu Czesakowi przyznano 160 złotych za zniszczenie trzech hektarów buraków. Rolnik realne straty ocenia na ok. 10 tysięcy złotych. (…) Zdaniem rolników nikt nie kontroluje w sposób właściwy ilości zwierzyny łownej na naszym terenie. Mieszkańcy miasta zachwycają się stadami saren pasących się wieczorami na polach. Dla rolników jednak to coraz poważniejszy problem, który niszczy ich pracę i dorobek ich życia.

TV Sudecka (pod datą 13.06.2016) udostępniła atrakcyjny videoreportaż o Kopalni Złota w Złotym Stoku.

Gazeta Ząbkowicka (nr 167/2016) opowiada historię wydania pierwszej gazety w Ząbkowicach Śląskich.

Historia ząbkowickich gazet sięga 1810 r., kiedy miejscowy introligator Müller wydał pierwszy numer „Frankensteinischen Blätter”, czyli po prostu „Gazety Ząbkowickiej”. Pierwszy numer tej gazety ukazał się 25 lipca 1810 r. W 1821 r. rada miasta Ząbkowice Śląskie wraz z burmistrzem Franzem Polenzem rozpoczęła wydawanie gazet pt. „Frankensteiner Stadtblatt” czyli „Ząbkowickiej Gazety Miejskiej”. Funkcja tej gazety nie była jednak tożsama z tą, która miała ukazać się na ząbkowickim rynku dopiero kilka lat później. „Gazeta Miejska” służyła władzom miejskim za szybki i wydajny sposób docierania do mieszkańców miasta ze wszystkimi zarządzeniami i regulacjami prawnymi dotyczącymi życia w Ząbkowicach. Zamieszczano tu również drobne ogłoszenia. 10 stycznia 1829 r. ukazał się pierwszy numer tygodnika „Gesammelten Nachrichten von Frankenstein und der Umgebung”, czyli „Wiadomości zebranych o Ząbkowicach i okolicach”. Redaktorem i autorem tekstu był właściciel hotelu „Pod trzema górami” (mieszczącego się przy dzisiejszej ul. T. Kościuszki), Karl Anton Ulke. Ulke na łamach swojej gazety nie tylko drukował ogłoszenia i obwieszczenia, ale również dokonał edycji najważniejszego źródła pisanego do dziejów miasta, tj. kroniki burmistrza Martina Koblitza, która wówczas znajdowała się w archiwum ząbkowickiego ratusza. Publikował on na łamach każdego numeru opracowane przez siebie informacje, które czerpał ze wspomnianej kroniki. Po zakończeniu jej edycji nadał kontynuował przedstawianie dziejów miasta aż do roku 1800, czyli w zasadzie do czasów mu współczesnych. W 1833 roku Karl Ulke rozpoczął wydawanie nowej gazety, tj. „Frankensteiner Wochenblatt”, czyli „Tygodnika Ząbkowickiego”. Na łamach tego tygodnika ukazywały się bardzo ważne i ciekawe z dzisiejszego punktu widzenia informacje. Stałą rubryką były „Beknntmachungen”, czyli po prostu ogłoszenia. Znajdujemy tu informacje dotyczące organizowanych w mieście aukcji majątków, chęci sprzedaży domów, czy pól. Z czasem zaczynają pojawiać się ogłoszenia zamieszczane przez miejscowych właścicieli hoteli, gospód i kramów, informujące o ich nabyciu i zachęcające mieszkańców do skorzystania z ich usług. Do rubryk stałych należała również cotygodniowa tabela cen zbóż w Ząbkowicach, Ziębicach, Kłodzku i Dzierżoniowie. Redaktor Ulke drukował na łamach swojej gazety również informacje dotyczące narodzin, ślubów i zgonów z miejscowych parafii katolickiej i ewangelickiej. W 1847 r. Karl Ulke wydzierżawił swoją drukarnię kupcowi Augustowi Ernstowi Lonksy, który od 1850 roku wydawał „Neue Frankensteiner Stadtblatt”, czyli „Nową Ząbkowicką Gazetę Miejską”. W tym czasie organem wydawniczym ząbkowickiego starostwa była gazeta „Frankensteiner Kreisblatt”, którą drukowano w drukarni rodziny Lonksy. Tu również ukształtował się system stałych rubryk. Na pierwszej stronie zamieszczano zarządzenia i ogłoszenia miejscowego starosty. Kolejne strony zajmowały inne rozporządzenia, ostanie zaś należały do miejscowych przedsiębiorców i kupców, którzy chętnie zamieszczali tam swoje ogłoszenia. Nie brakuje w nich skrupulatnie wyliczanych produktów, które oferowali oni w swoich sklepach i składach. Co bogatszych stać było na urozmaicenie swoich ogłoszeń przez różnego rodzaju grafiki. Do stale ogłaszających się, a często wykupujących całe strony kupców, należy z pewnością sklep rodziny Volkmerów, położony w nieistniejącej już dziś pierzei rynku. Równie chętnie swoje produkty oferował Heinrich Schmidt, jak również Paul Tschötschel. Posiadał on wszakże swój sklep kolonialny tuż przy siedzibie ząbkowickiej drukarni, którą rodzina Lonksy przeniosła pod koniec XX wieku do kamienicy przy Rynek nr 22 (dawny dom Stanów Ziemskich).

Gazeta Wyborcza (pod datą 04.12.2016) opublikowała program video w cyklu „Nogaś na stronie”, gdzie mowa jest o nowej książce Joanny Bator, której akcja toczy się w Ząbkowicach Śląskich. Kliknij TUTAJ lub na poniższy obrazek, aby obejrzeć program.

wDolnym Śląsku.com (pod datą 10.12.2016) ujawnia powiązania polityków Platformy Obywatelskiej z osobą wychwalającą stan wojenny.

Co ma wspólnego Posłanka Monika Wielichowska  z pułkownikiem Adamem Mazgułą, który w ostatnich dniach, podczas protestu byłych esbeków, zasłynął z nazwania stanu wojennego „wydarzeniem kulturalnym”? „Obydwoje państwo są członkami Stowarzyszenia Żołnierzy i Przyjaciół Wojsk Górskich “Karpatczycy”. Pułkownik był Prezesem Stowarzyszenia, a nasza hrabianka wiceprezesem. Tak razem im się dobrze współpracowało,(…)  Z tej okazji pan Mazguła po nadaniu tytułu podziękował w następujący sposób: „Dziękuję wszystkim, którzy pracują ze mną na rzecz obronności kraju i promowania patriotycznych wartości Polaków”. Musicie przyznać, że dziwnie to brzmi jeżeli mówi to człowiek, który według opinii jaką opublikowało Wojskowe Biuro Historyczne „W okresie stanu wojennego wzorowo realizował stawiane przed nim zadania. W pełni popiera ideę socjalistycznej odnowy i akceptuje konieczność wprowadzenia stanu wojennego. Postawa ideowo-polityczna nie budzi zastrzeżeń” – czytamy na profilu. Lokalna działaczka patriotyczna Ela Cygyn podkreśla, że „tylko u nas w Nowej Rudzie jedyna w swojej krasie czerwoniutka Komuna do zobaczenia i doświadczenia całkowicie za darmo!Mieszkańcom Nowej Rudy i okolic przypominam, że na fotografii z płk. Mazgułą, min.Siemoniakiem i posłanką Wielichowską prezentują się m.in. Burmistrz Miasta Nowa Ruda Tomasz Kiliński, Julian Golak właściciel Wydawnictwa Ziemia Kłodzka, do niedawna popierany przez PO,a obecnie niezależny radny, Wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa Dolnośląskiego i były Starosta Kłodzki Krzysztof Baldy.

Wszystko co najważniejsze.pl (pod datą 23.02.2016) zamieścił inspirujący esej Jarosława Obremskiego – byłego wiceprezydenta Wrocławia, a obecnie senatora RP o znaczeniu kultury w życiu miast.

W dyskusji o kulturze pojawia się bardzo poważne niebezpieczeństwo: instrumentalizacja kultury. Jednocześnie procesowi temu towarzyszą obecnie dwie mody: budowania obywatelskości poprzez ruchy miejskie i kulturę oraz moda na antyfestiwalowość. Dostrzegając w tych modach reakcje na arbitralność władz, nadmiar „eventów’’ kulturalnych i przewagę bycia konsumentem nad obywatelem, trzeba – idąc przeciw popularnym trendom – pokazywać manowce mód. (…) Wysunięto wniosek, że opłacalność kultury oznacza konieczność jej używania. Tu jest mój sprzeciw, bo nie jest to tak proste, a co więcej może być cywilizacyjnie niebezpieczne.(…)  Jeżeli chcemy używać kultury w zbyt prosty sposób, to nie zmniejszymy kryzysu duchowego i w rezultacie nie wyjdziemy z kryzysu cywilizacyjnego, politycznego i gospodarczego. (…) Wspieranie amatorskiej działalności artystycznej to także, a dla mnie przede wszystkim, otwieranie uczestników tej działalności na odbiór wielkiej sztuki, która nas zmienia i kształtuje. Program ratowania czytelnictwa w Polsce uda się nie poprzez rozdawanie książek – zwierzeń naszych celebrytów, ale przez zbudowanie zachwytu nad wielka literaturą. Po wyborach samorządowych, bardziej medialnie niż realnie, zabłysła jutrzenka swobody w postaci ruchów miejskich i właśnie budowania obywatelskości poprzez kulturę. Kultura i sztuka w polityce miejskiej nie powinna być podporządkowana obywatelskości, bo grozi to wyjałowieniu. Potrzebujemy odniesień wyższych, w sztuce szukającej odpowiedzi podstawowych, które budują ład aksjologiczny i tworzą „ciepłe‘’ relacje społeczne, bo obywatelskość to coś więcej niż umowa społeczna. Bycie obywatelem Polski, Wrocławia, osiedla Pracze to nie tylko definiowanie miejsca zamieszkiwania i oczekiwań wobec władz. Druga tendencja to antyfestiwalowość. Poniekąd wynika ona z pragnienia traktowania kultury poważnie. Jest reakcją na zjawisko rozpoczęte w latach dziewięćdziesiątych, zwycięstwa ideologii, że wartościowe jest tylko to, co da się sprzedać z zyskiem. Spowodowało to, że wielu działaczy kultury z jednej strony – i hochsztaplerów z drugiej – budowało „rynkową wartość kultury‘’ poprzez nadużywanie nazwy festiwalu. Tylko co z tego? (…) Wyrwanie ludzi o małej ilości czasu wolnego z domów wymaga mocnego komunikatu: „to jest to, na co czekałeś”. Festiwal taki komunikat buduje, komunikat święta teatru, filmu. Czasami udział w festiwalu buduje fascynacje nie epizodyczną, a dożywotnią. Bywa też, iż festiwal jest początkiem instytucji całorocznej. (…) To nie festiwalowość jest problemem. Istotą jest stabilna, konsekwentna i mądra polityka miejska, umiejąca wygrywać m.in. miłość do festiwali, czyli przyzwolenie mieszkańców, że od czasu do czasu chcą się dać uwieść, ale to już jest inna opowieść.

Gdyby w lokalnych mediach został pominięty jakiś ważny temat – prosimy o kontakt  z nami – poprzez formularz TWOJA INFORMACJA. Zajmiemy się sprawą, o której do nas napiszesz.

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOd Nieba do Nieba
Następny artykułPorozmawiajmy o powietrzu
Zabkowice4YOU.PL to mobilny portal, na którym znajdziesz praktyczne informacje dotyczące tego, co dzieje się na terenie Powiatu Ząbkowickiego. Podajemy to, co ważne w życiu publicznym i gospodarczym, istotne w sferze aktywności społecznej, interesujące w dziedzinie kultury i sportu.