W ubiegłym tygodniu w Ząbkowickim Ośrodku Kultury odbył się – zapowiadany przez nasz portal – wieczór artystyczny, którego motywem przewodnim było zdanie: „Miłość niejedno ma imię”. To już drugie takie wydarzenie, podczas którego młodzież Liceum Ogólnokształcącego im. Władysława Jagiełły w kooprodukcji ze Stowarzyszeniem Animatorów Sztuki prezentuje bogaty program słowno-muzyczny w dwóch językach (polskim i rosyjskim). Ubiegłoroczne spotkanie zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem przez publiczność. Relację z tegorocznej imprezy wypełniamy wypowiedziami młodych artystów.  

W miniony piątek 19  lutego 2016) r. punktualnie o godzinie 17:00, w Ząbkowickim Ośrodku Kultury rozpoczął się już kolejny koncert utworów polskich i rosyjskich, których motywem przewodnim była miłość.

Niech jednak nie zmyli was słowo „koncert”, ponieważ wśród piosenek wykonanych przez znakomitych śpiewaków z naszej społeczności uczniowskiej, znalazły się również liczne wiersze wyrecytowane na poziomie, tak mistrzowskim, że Puszkinowi zakręciłaby się łezka w oku. Przygotowania do koncertu trwały długo przed startem całego przedsięwzięcia. Pani Magdalena Halikowska (główna koordynatorka działań) biegała tu i tam z komórką przy uchu niczym prawdziwa bizneswoman z krwi i kości, sprawdzając czy wszyscy i wszystko jest na swoim miejscu. Każdy szczegół musiał być dopięty na ostatni guzik, tak jak jej marynarka.

Każdy występujący od czasu do czasu zerkał ukradkiem przez kurtynę przypatrując się przybywającym widzom. Większość widzów wchodziła z tzw. „karpiem” na twarzy, to znaczy szczęki zarówno te prawdziwe, jak i te sztuczne im opadły, gdy zobaczyli scenę przystrojoną w ciemnoczerwone róże, rozświetloną przez delikatne płomienie świec ustawionych wokół niej. Miłość unosiła się w powietrzu. Atmosfera była tak romantyczna, że nawet Łęcka zakochałaby się w Wokulskim.

Wybiła godzina zero i się zaczęło… Jeden po drugim wychodziliśmy na scenę nie przerywając serii ani na sekundę. Każdy wiersz, każda piosenka, każde słowo było pociskiem wypełnionym miłością wymierzonym prosto w serca niczego nie spodziewającej się widowni. Strzała kupidyna dosięgła nawet tych najbardziej wytrzymałych. Po blisko dwóch godzinach ciągłego ostrzału koncert dobiegł końca. Daliśmy widzom czas na złapanie oddechu, wyszliśmy wszyscy na scenę, ukłoniliśmy się, a widownia wyraziła swój podziw i zadowolenie najlepszą formą aplauzu – brawa na stojąco. Organizatorzy oraz występujący otrzymali kwiaty w ramach podziękowania za trud włożony w przygotowania występu. Jeszcze długo po zakończeniu żywe dyskusje nie milkły, każdy musiał wyrazić swój indywidualny zachwyt.

Smutno mi na myśl, że w przyszłym roku z powodu studiów mogę już nie być uczestnikiem kolejnej edycji tego wspaniałego widowiska, choć na pewno postaram się być obecny w miarę możliwości (może tym razem w końcu obejrzę coś z perspektywy widza). Mam nadzieję, że artyści z naszego odchodzącego rocznika znajdą godnych następców, a kolejne odsłony koncertu „Miłość niejedno ma imię” będą równie wspaniałe, ponieważ są idealnym momentem, żeby oderwać się od szarej codzienności i pomyśleć o tym, co tak naprawdę liczy się w życiu.

Arkadiusz Wawrzyniak

Już po raz drugi miałam okazję wziąć udział w niezwykłym wydarzeniu, a mianowicie w wieczorze piosenki polskiej i rosyjskiej „Miłość niejedno ma imię”.

W tym roku również nie trzeba było nikogo namawiać do wzięcia udziału i spróbowania swoich sił. Każdy występujący (jak i zapewne każdy widz) miał świadomość tego, że wieczorki organizowane przez Panią Magdalenę Halikowską są na najwyższym poziomie. Nauka tekstu wiersza czy piosenki, nawet w języku rosyjskim, nie była męczącą i nużącą pracą, a wręcz przyjemnością.

Występ w takim przedsięwzięciu był wyjątkowym doświadczeniem. Zarówno śpiewający jak i recytujący włożyli całe serce w to, co zaprezentowali. Mamy nadzieję, że choć w małym stopniu udowodniliśmy stwierdzenie zawarte w tytule wieczoru. Osobiście uważam, że z roku na rok wydarzenie to zdobywa coraz większą rangę i już nie mogę się doczekać przyszłorocznego wydarzenia, na które już teraz serdecznie zapraszamy.

Aleksandra Sopuch

Cóż właściwie to nie wiem jak zacząć… Na ten występ czekałam bardzo długo i z ogromną niecierpliwością. Po zeszłorocznej edycji „Miłość niejedno ma imię” spodziewałam się czegoś naprawdę niezwykłego. Czegoś magicznego. I, rzecz jasna, nie pomyliłam się.

Wieczorek był magiczny i ośmielę się również stwierdzić, że pobił ten miniony. Może był to efekt miejsca, w którym się odbył, w końcu scena sama w sobie nosi pewien rodzaj magii. Ciężko mi nawet opisać to, co wówczas dzieje się z człowiekiem. Ten moment, w którym stoi się na deskach, rzekomo tak dobrze nam znanych, nagle wprowadza coś nieznanego. Coś właśnie magicznego. Mogłabym użyć tu innego epitetu, a z polonistycznego punktu widzenia byłoby to nawet wskazane, lecz uważam, że żaden z tych, które są mi znane, nie odda tak dobrze siły klimatu, który – jak mniemam – towarzyszył każdemu, podczas owego wieczorku. Nam, występującym ręce kleiły się od potu, a nogi uginały pod ciężarem stresu. Lecz mimo to, tę magię czuł każdy.

Jak powiedział Roch Sulima „pożądana bywa niecodzienność codzienności” i na taką właśnie „niecodzienność” liczę za każdym razem podejmując się współpracy z nieocenioną Panią Halikowską, i za każdym razem jestem w pełni usatysfakcjonowana. Ogromnie się cieszę z tego, że mogłam przyłożyć własną cegiełkę do tego projektu, oraz dziękuję za podarowanie mi tej możliwości.

Ania Sowa

„Miłość niejedno ma imię”. Pod takim oto tytułem odbył się piątkowy wieczór w sali teatralnej Ząbkowickiego Ośrodka Kultury. Muszę przyznać że spodziewałem się nieco smętnego klimatu i nużących pieśni o, a jakże, miłości. Zdecydowałem się tam pójść, ponieważ prześladowało mnie poczucie powinności – mieli wystąpić moi szkolni koledzy, a organizatorką całego przedsięwzięcia była moja nauczycielka języka rosyjskiego – Pani Magdalena Halikowska. Szczęśliwym trafem prorok ze mnie żaden.

Kiedy przybyłem na miejsce ze swoją wybranką, powitał nas nietypowy wystrój sceny. Czerwone dekoracje z miłosnymi akcentami, oficjalny wygląd i przyjemna atmosfera. Nie było tłoku, choć przybyło sporo ludzi. Jedni z przyjaciółmi, inni ze swoimi partnerami. Rozpoczęcie spóźniło się trochę, ale na szczęście nie odczuliśmy tego zbytnio. Na sam początek Pani Halikowska wyszła na środek sceny, zapaliła świeczki razem z Dawidem Cekierą i rozpoczęła uroczystość. Piosenki polskie i rosyjskie, recytowanie wierszy i utwory instrumentalne – wszystko to, okraszone szczyptą romantyzmu, zaserwowano nam tamtego wieczoru. Niestety zapamiętałem tylko kilka tytułów. Na pewno pojawiła się twórczość Puszkina w jego ojczystym języku, „Na wieży Babel” Szymborskiej, ballady Okudżawy i polskie przeboje o miłosnej tematyce.

Wystąpiło naprawdę wiele osób. Pochłonęło mnie uczucie swego rodzaju nostalgii, i mówię to jako osoba stroniąca się od romantycznej otoczki. Czy warto było wziąć udział w tym wydarzeniu? Moim zdaniem jak najbardziej, szczególnie jeśli można było pójść z kimś. Nie żałowaliśmy ani sekundy spędzonej w tej sali, a każdy chyba znalazł relaksującą odskocznię od minionego tygodnia. I każdy znalazł też swojego faworyta wśród utworów: moim była piosenka zaśpiewana w fenomenalnym stylu przez Tomka Blicharskiego.

Rafał Tereszko

Tak to już człowiek ma w naturze, że otrzymawszy prawo do miłości, nie przełożył go jedynie na prawo do rozmnażania, ale i postanowił o niej pisać. Na kartach historii zapisało nam się wielu takich: Rubik, Różewicz czy Puszkin, a my zapragnęliśmy ich do siebie przywołać.

Zorganizowany i poprowadzony przez panią Magdalenę Halikowską program artystyczny został doceniony przez świat w ubiegły piątek (19 lutego 2016), w murach Ząbkowickiego Ośrodka Kultury. Przedsięwzięcie już od samego początku było przez nas brane na poważnie. Role dostaliśmy długie – zarówno w postaci wierszy, jak i piosenek – a pierwsze próby odbyły się już na szkolnych feriach. Występującymi byli sami uczniowie gimnazjum i liceum, więc rezygnacja z zasłużonego wypoczynku była niecodziennym wyrzeczeniem. Jak dobrze wiemy, przełożyła się ona na pełny sukces. Brawa po występie nie cichły.

W dniu wieczorku większość z nas już z samych lekcji musiała pędzić na próbę generalną. Bowiem kurtyna podnosiła się o godz. 17. Czasu było naprawdę mało, a pracy mnóstwo. Zaczęliśmy od scenografii – na scenie musiało być dużo świeczek, czerwieni i serc. Czy jakiekolwiek inne przymioty mogą lepiej opisać miłość, a przynajmniej tą charakterystyczną dla poezji? W tzw. „międzyczasie”, gdy wszyscy chodzili zajęci pracą albo powtarzaniem roli (ślepe przemarsze z wypowiadaniem nietypowych słów w powietrze), stoły obok zachęcały swoim nakryciem. Dla dzielnych recytatorów przygotowano mnóstwo ciasta! Ot tak, aby nikt nie myślał o dawce stresu, jaka na niego czeka. Gości narastało w zastraszającym tempie, już dwadzieścia minut przed czasem mieliśmy soczyście zapełnioną salę. Jednym słowem – było dla kogo wychodzić na scenę. Wyczekiwana godzina wybiła, firanka poszła w górę, a na środek wybiegła nasza pani kierownik. Nie wybiegała już do końca przedstawienia, gdyż pomiędzy kolejnymi wystąpieniami nie było żadnych zapowiedzi.

W ten sposób pojawił się czysty klimat samej sztuki. No i z czasem wyszło lepiej, choć i tak przygotowanych utworów okazało się być lekko ponad 30, a nikt przed dwoma godzinami sali nie opuścił. Z upływającymi minutami wcale nie pojawiało się znużenie, a aplauz był pełen werwy od początku do końca. Mieliśmy do czynienia z aktywnością „na żywo”, więc nieprzewidywane sytuacje również się zdarzały. Paru osobom ulotniły się niektóre słowa, a trafili się i tacy, którzy na zapomniany tekst od razu wymyślali nowy, spontaniczny, pozwalający im zejść ze sceny z godnością. Śmiech pojawiał się tylko w odpowiedzi na wtrącane żarty. Żaden z wykonawców nie został w jakkolwiek zły sposób potraktowany. Na koniec wyszliśmy wszyscy razem, a wnet ta wielka scena okazała się być dla nas zbyt małą. Ścisnęliśmy się więc w ciasną zbitkę i zaczęliśmy zbierać pochwały od publiczności. Na twarze padło nam wiele świateł fleszy aparatów, a do rąk wpadły pachnące róże. Bycie poetą to nie tylko dobry i rozwijający zawód, ale i świetna zabawa. Czasem warto jest móc się czymś podzielić.

Kacper Burzała

 

FOT: Honorata Jednak